Wioletta Gnacikowska: Jak pan się zaczął wspinać?

Paweł Michalski*: To był proces bardzo naturalny. Mój tata Jerzy Michalski należał przez długie lata do kadry narodowej. Był czołowym alpinistą polskim i europejskim. Zrobił wiele nowych i trudnych dróg w Tatrach. Ma na koncie pierwsze przejścia w Alpach i na Kaukazie, wspinał się w Hindukuszu, Atlasie i w Himalajach na Annapurnie II. Dziś tata ma 84 lata, ale nie rozstał się ze sportem. Jeździ trekkingowo w góry, a każdej zimy w Alpy na narty.

Jeździliśmy z rodzicami i z dwoma braćmi w Tatry. Połowę wakacji spędzaliśmy albo na Hali Gąsienicowej w Betlejemce - Centralnym Ośrodku Szkolenia Polskiego Związku Alpinizmu, albo nad Morskim Okiem. My bawiliśmy się, a tata się wspinał. Mój pierwszy szczyt, który zdobyłem, to Kościelec (2155 m n.p.m.), w dodatku w sezonie zimowym. Miałem wtedy siedem lat.



Lhotse, rok 2009

Bracia też zarazili się pasją wspinania?

- Do pewnego stopnia. Młodszy brat Tymek wspina się nie wyżej niż w Alpach, starszy Mateusz czasami uprawia wspinaczkę skałkową.

Chodził pan do szkoły w Nigerii. Dlaczego?

- Mój tata jest inżynierem i jako szef projektu elektryfikował Nigerię. Ściągnął całą rodzinę, spędziliśmy w Afryce około siedmiu lat. Wróciłem do Łodzi prosto do liceum.
Pozostało 90% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.