Rozmowa z Ryszardem Bonisławskim,

senatorem, znawcą dziejów Łodzi

Elżbieta Sokołowska: Za co pan kocha Łódź?

Ryszard Bonisławski: – To jest miejsce mojego urodzenia. Jestem łodzianinem w czwartym pokoleniu. Dziadkowie pracowali w fabrykach, byli tkaczami. Za moim oknem była fabryka, obok niej komin. Wsłuchiwałem się w rytm tego miasta, w czasach mojego dzieciństwa odmierzany jeszcze wyciem syren fabrycznych, odgłosem kroków ludzi idących do fabryki, wychodzących z niej. Słuchałem opowieści dziadka, który przeżył tu 90 lat, a więc szmat czasu. Pamiętał budowę kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny na Starym Mieście, gdzie mój pradziad, jego ojciec, który przyjechał z Kutna, był kierownikiem placu budowy, a on sam praktycznie na fundamentach tego kościoła się wychował.

To było bardzo dawno, jego budowę rozpoczęto prawie 130 lat temu!

– W dzieciństwie często jeździłem z dziadkiem „czwórką” na Julianów. Ilekroć przejeżdżaliśmy przez Stare Miasto, dziadek mówił: „Wiesz, kiedy byłem dzieciakiem, to tu się bawiłem na fundamentach kościoła”. Wydawało mi się wtedy, że to jest po prostu bujda. Taki stary kościół, a dziadek nie wydawał mi się wcale wiekowym człowiekiem. Okazało się jednak, że miał wtedy 8 lat i często przychodził do ojca, ponieważ mieszkali niedaleko, na Drewnowskiej.
Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej