Dorota Sadowska, mama 10-letniego Bartka: - Wie pani, że w ogóle zapomniałam, że dziś Dzień Matki? Dzieci na pewno dadzą mi laurkę, złożą życzenia, ale świętować będę później. Każdego dnia będę miała Dzień Matki, tak sobie odbiję. Ale od października. Na razie inne daty mam w głowie.

Jakie?

- 27 listopada 2015 roku. Wtedy pierwszy raz się tutaj zjawiliśmy. Bartek miał siedem lat, był w drugiej klasie. Grał w klubie piłkarskim, tam co pół roku trzeba robić badania. We wrześniu miał wizytę, było w porządku, a miesiąc później zaczął marudzić, że go nogi bolą, że nie ma siły, jak nie on. Zaczął go brzuszek boleć, na początku myślałam, że po prostu nie chce iść do szkoły, ale to się powtarzało. Zrobiliśmy morfologię, dzień później telefon, że trzeba jak najszybciej powtórzyć badania.

27 listopada. Byliśmy tutaj - w szpitalu na Spornej - ok. 20. I tylko słyszałam: Bartek Sadowski tutaj, Bartek bez kolejki, Bartek szybko na SOR, wszystko działo się tak szybko. I pani doktor, która mówi, że syn ma wszystkie węzły chłonne powiększone. Białaczka limfoblastyczna. Tylko tyle pamiętam, reszta jest jakby za mgłą. Było koło 22, poszliśmy do Kenii. Tu sale nazywane są jak państwa, żeby dzieciom było trochę przyjemniej. Bartkowi powiedzieliśmy, że jest bardzo chory i musimy się wyleczyć. Zadał tylko jedno pytanie: czy umrze. Powiedziałam, że nie. Innej opcji nie było.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej