Wyjechałem z Gdyni w sobotę, jeszcze przed werdyktem, z satysfakcją i radością widza spełnionego. Zobaczyłem bowiem kino polskie z najlepszej strony: różnorodne gatunkowo i stylistycznie, z odważnym autorskim podejściem twórców tak do treści, jak i do formy, z wybitnymi kreacjami aktorskimi. Kino, w którym strona techniczna nadążała za artystycznym przekazem.

ZOBACZ TAKŻE: "Zimna wojna". Jak się robi film za 6 mln euro?

Symbol, ale ważny

Większość nowych filmów obejrzałem bez tęsknoty za napisami końcowymi, dwa wbiły mnie w fotel, a rozczarowań było niewiele – przyznaję jednak, że wszystkiego zobaczyć mi się nie udało. Z tymi rozczarowaniami i zachwytami to zresztą o tyle ciekawa sprawa, że kilkakrotnie zdarzyło mi się autentycznie o nie pokłócić, tak różna była recepcja pokazanych nad morzem fabuł.

Triumfującą w Gdyni „Zimną wojnę” widziałem już na premierze, więc seans w Gdyni tylko wzmocnił mnie w przekonaniu, że to nie tylko film znakomity, ale i zyskujący wraz z upływem czasu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej