Na początek wyobraźmy sobie rzecz całkiem prawdopodobną: że wybucha pożar. Płonie stara kamienica, jakich wiele w łódzkim śródmieściu. W jednym z pomieszczeń zostali ludzie. Jedyny prowadzący do nich korytarz jest całkowicie zadymiony, a przejście tarasują oderwane fragmenty stropu i ścian.

Strażacy mają maski tlenowe, ale przez dym nie widzą kompletnie nic. Czas jest na wagę życia, ale każdą przeszkodę pokonują po omacku, tracąc cenne sekundy i minuty. Nie zawsze potrafią też odróżnić przeszkodę od leżącego na podłodze człowieka.

Wyobraźmy sobie jednak coś jeszcze: że każdy strażak ma na głowie hełm wyposażony w coś w rodzaju sonaru. Urządzenie emituje sygnał w niesłyszalnych dla ucha częstotliwościach. Odbijające się od przeszkód fale wracają z powrotem do hełmu, który na ich podstawie wyświetla obraz przed oczami strażaka. Ten jest już w stanie rozróżnić tarasujące mu przejście przeszkody i czekających na pomoc ludzi.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej