Do pierwszego ataku doszło 10 grudnia przed godz. 16. Karetka pogotowia została wysłana do centrum Łodzi, na skwer przy ul. Narutowicza, w pobliżu Sienkiewicza. Wzywający zespół medyczny mówił, że na trawniku leży mężczyzna, który nie daje znaku życia. 

Po alkoholu i narkotykach

Ratownicy medyczni nie mogli nawiązać z nim kontaktu. Przenieśli go więc do karetki. Tam mężczyzna się ocknął. Zaczął szarpać ratowników, próbował ich uderzyć, wyzywał. Potem zaczął kopać w sprzęt medyczny zainstalowany w karetce. Uspokoił się dopiero po podaniu leku. Ratownicy wezwali policję, a 32-letni mężczyzna został przewieziony do Instytutu Medycyny Pracy, bo istniało podejrzenie, że zażył substancje psychoaktywne.

CZYTAJ TAKŻE: Wezwała pogotowie, bo... zapomniała zjeść śniadanie. Ratownicy medyczni: "Traktują nas jak podludzi"

Tego samego dnia kilka minut po godzinie 22 doszło do kolejnego ataku. Na komisariat policji przyszedł 42-letni mężczyzna, który twierdził, że potrzebuje pomocy pogotowia. Wezwani na miejsce ratownicy podjęli decyzję o przewiezieniu go do szpitala im. Barlickiego. 

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej