Na oddziale psychiatrycznym dla dzieci w łódzkim szpitalu im. Babińskiego wykorzystano już wszystkie „dostawki”. Leży tu 35 pacjentów (powinno być 23). Przyjęcia planowe są wstrzymane, przyjmowane są tylko dzieci w stanie zagrożenia życia. W warszawskim Instytucie Psychiatrii i Neurologii na oddziale dziecięcym i młodzieżowym dostawek już zabrakło, a niedługo zabraknie miejsca na korytarzach. Na 28 miejsc jest 42 pacjentów.

Podobnie wyglądają niemal wszystkie oddziały psychiatrii dziecięcej i młodzieżowej w Polsce. Lekarze od dawna powtarzają, że w takich warunkach nie da się pracować. I nie chodzi tu tylko o brak łóżek albo kwestię pensji, bo niektórzy psychiatrzy odchodzą ze szpitala, by pracować za mniejsze stawki, ale pod mniejszą presją.

– Jak zapewnić bezpieczeństwo na oddziale, gdy na jednego specjalistę przypada czasem kilkanaścioro dzieci, które mają myśli samobójcze? – pytają psychiatrzy i przypominają, że to oni biorą odpowiedzialność za pacjentów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej