Na Kaliski, drugi pod względem wielkości, a do niedawna główny dworzec w Łodzi, przyjeżdżam w sobotę tramwajem linii nr 10. Wysiadka przy al. Bandurskiego oznacza, że zanim dostanę się do budynku, będę musiał przejść niemały kawałek. Dworca na razie nie widać. Budynek, oddany do użytku w 1994 r. ukazuje się po przebyciu schodów. Przechodzę obok wschodniego wiaduktu. Nieczynnego i kojarzonego głównie z tego, że przejście pod nim często mylone jest z toaletą. Mijam krańcówkę autobusową, taksówki i staję przed wejściem.

– Wygląda jak koszmar architekta z połowy lat 90. Brakuje tylko budek z tanimi hamburgerami. I on taki brzydki nie jest od, powiedzmy, 10 lat. On już tak rok po uruchomieniu wyglądał – mówi pan Artur, który wybiera się właśnie do Kutna.

Zielony tara i tablice wydające dźwięk

Pan Artur się śmieje, gdy słyszy pytanie o to, jaki łódzki motyw chciałby kojarzyć z dworcem Kaliskim. – Coś z Widzewem. Ale to raczej nie przejdzie, bo przy dworcu jest przecież stadion ŁKS-u – mówi mieszkaniec Starego Widzewa. – Na serio, to coś takiego, żeby poczuć przemysłową historię tego miasta. Można dać wielkoformatowe zdjęcia, np. włókniarek – zastanawia się.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej