„Upał. Nie chce się nawet myśleć... Ludzie, jak ołowiane kule z kulą u nogi, wloką się po poplamionych słońcem ulicach, ocierają pot z twarzy, wchodzą na chwilę do ciemnych, chłodnych bram, by odświeżyć się zimnem prądem powietrza. Na balkonie prażą się w słońcu ciała kobiece, nabierając oliwkowej cery i przysparzając sobie piegów, nie mówiąc już o innych mniej ważnych dodatkach w rodzaju udaru słońca” – pisał w czerwcu 1924 r. Jerzy Bolski, felietonista „Expressu Wieczornego". Tak się zwykle w Łodzi zdarzało, że najgorsze upały przypadały w czerwcu, a nawet w maju.

Mężczyźni na przegranej pozycji

Na przykład w czerwcu 1935 r. termometry wskazywały 40 stopni Celsjusza w słońcu i tylko pięć mniej w cieniu. Jeszcze wieczorem temperatura wynosiła 33 stopnie. „Powietrze było tak gęste i ciężkie, że trudno było oddychać. Ruch na ulicach zmalał. Nikt bez potrzeby nie wydalał się z cienia mieszkania. Bogate żniwo za to zbierali właściciele budek z wodą sodową oraz chłodni sprzedających lody” – donosiła łódzka prasa. Nie lepiej było trzy lata później. Wtedy już o godz. 8 rano było 35 stopni. Sytuację pogarszała niezwykła duszność i spiekota. Jak kiedyś mieszkańcy Łodzi radzili sobie z upałami? Przede wszystkim wyjeżdżali na letniska. Nawet mniej zamożni łodzianie, mający jeszcze rodziców czy dziadków na wsi, umykali do pobliskich miasteczek. Bogatsi wybierali Zakopane czy Sopot. Wielką popularnością cieszyły się domki letniskowe w Wiśniowej Górze czy Andrzejowie. Schemat zwykle był następujący: matka z dziećmi wybywała za miasto, zaś ojciec zostawał na miejscu. Przeto właśnie „słomiany wdowiec” był podstawowym celem właścicieli kawiarni i restauracji.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej