Jerzy Pilch, pisarz i pasjonat futbolu, opisał kilka lat temu w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” spotkanie z Franciszkiem Smudą: – W odbiorze zawodników i kibiców liczą się nie tylko umiejętności trenerskie, ale i postawa. A powiedzieć o Smudzie, że miał osobowość przyjazną światu, to nic nie powiedzieć. Kiedyś na Dworcu Centralnym widząc znaną twarz, ukłoniłem się odruchowo – obesrał mnie wzrokiem – opisał Pilch. I – jak na świetnego pisarza przystało – trafił w punkt.

Ja sam, chociaż ze Smudą znam się od kilkunastu lat, przed każdym kolejnym spotkaniem nigdy nie jestem pewny, czy tym razem mnie pozna, a przecież rozmawialiśmy setki razy. Spytałem go kilka tygodni temu, czy mnie pamięta sprzed lat, a on – z przyjaznym uśmiechem – że oczywiście. Kilka dni później minął mnie bez słowa. Gdyby zorganizować teraz plebiscyt na najsympatyczniejszego trenera w trzeciej lidze, to Smuda pewnie nie zająłby nawet ostatniego osiemnastego miejsca, ale pozostał w ogóle niesklasyfikowany. Kiedyś, gdy jego Widzewowi szło, było oczywiście znacznie lepiej. Smuda miał świetne poczucie humoru i uśmiechniętą duszę. Ale w papierach lat przybyło, a trenerskie sukcesy nie są już rzeczywistością, a historią. Nawet teraz – na jedną kolejkę przed końcem rozgrywek, w których drużyna Smudy prowadzi – nie będzie happy endu. Smuda nie wpisze do CV awansu z Widzewem do drugiej ligi, bo przecież – oby tak się w ogóle stało – nie on bezpośrednio wprowadzi zespół o klasę wyżej.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej