Jarosław Bińczyk: Który z trzech tytułów mistrza Europy był najtrudniejszy do zdobycia?

Adam Kszczot: Każdy miał inne trudności w sobie. W 2014 roku startowałem po zupełnie nieudanym poprzednim sezonie, po zmianie trenera, planów. Chciałem się utwierdzić w przekonaniu, że podążam w dobrą stronę. 2016 był rokiem igrzysk olimpijskich i byłem w bardzo ciężkich przygotowaniach. I wreszcie w tym roku, kiedy zostałem halowym mistrzem świata, wygrywając w hali wszystkie biegi. Okoliczności są więc tak różne, że trudno je jakoś sensownie porównać.

Gdybyś w finałowym biegu mistrzostw Europy nie zwolnił przed metą i nie rozłożył rąk, o ile lepszy czas mógłbyś osiągnąć?

– Czasami przez takie zachowanie traci się medal (śmiech). A straciłem około dwóch dziesiątych sekundy.

Każdy z biegów w Berlinie rozegrałeś inaczej taktycznie. Skąd akurat takie wybory, przygotowałeś je wcześniej?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej