Rozmowa z Mikołajem Madejem,

dziennikarzem sportowym, pilotem rajdowym

Bartłomiej Derdzikowski: Jak zaczęła się twoja motoryzacyjna pasja?

Mikołaj Madej: Wychowywałem się w warsztacie samochodowym dziadka. Biegałem po nim jako 5-latek. Dziadek miał nadzieję, że kiedyś będę w nim pracował. Wsiadałem do aut klientów i je odpalałem. Kiedyś zrobiłem to w samochodzie, który nie miał jeszcze założonej góry silnika, i wszystko poleciało w sufit. Od tamtej pory pracownicy warsztatu musieli mnie pilnować, mogłem odpalać tylko te auta, które były już naprawione.

Pierwszy rajd?

– Byłem z ojcem. Miałem 7, może 8 lat. Prząśniczka na Lublinku. Nie podobało mi się. Za głośno. I jeszcze śmierdziało gumą z opon. Nie wiem, dlaczego wtedy mi się to nie podobało… Dziwne. Potem – wiele lat później – pojechałem z wujkiem na Rajd Pokoju i Przyjaźni, czyli Rajd Polski pod Wrocławiem. I spodobało mi się już bardzo. Do tego stopnia, że potem przez kilka tygodni o tym myślałem. Czułem zapach asfaltu, paliwa.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej