Bartłomiej Derdzikowski: Pierwszy śpiew?

Dariusz Postolski: Zaczęło się w liceum nr XVIII w Łodzi. Miałem w klasie kolegę, który grał na gitarze. Razem występowaliśmy na akademiach. Kolega stwierdził, że ładnie śpiewam i namówił mnie do występu w konkursie wokalnym w „Teatrze 7.15” na Moniuszki. Śpiewałem „Nie mów nic” Czerwonych Gitar. Wypadłem fatalnie, wyłem, ludzie się śmiali. Zająłem ostatnie miejsce, ale i tak dostałem nagrodę – to była jakaś płyta. Przez kilka lat była dla mnie przestrogą, by więcej publicznie nie śpiewać.

Ale w końcu się pan przemógł.

– Był rok 1970. Pracowałem jako wychowawca w pogotowiu opiekuńczym i miałem szkolenie w domu dziecka na Marysińskiej. Na pianinie grał tam jeden facet. Zagrał. „Znasz to?” – spytał. Znałem. „Zaśpiewasz?”. Zaśpiewałem. „Masz dobry głos, powinieneś śpiewać”. Zaprosił mnie do Zespołu Szkół Mechanicznych, gdzie pracował i opiekował się zespołami muzycznymi. Nazywał się Stanisław Kościński. Robiliśmy próby, założyliśmy zespół. Przeczytał gdzieś o przeglądzie piosenki. Jego brat był poetą i napisał dwa wiersze, a on muzykę do nich. Wzięliśmy udział. Wystąpiło mnóstwo zespołów z Łodzi i mnóstwo solistów. Do finału w Filharmonii Łódzkiej z solistów zakwalifikowałem się tylko ja. Nie wygrałem, ale już mnie wciągnęło.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej