Ostatnie święta Bożego Narodzenia weszły mi aż za bardzo. Po dwutygodniowym maratonie zajadania radości i smutków 6 stycznia stanąłem na wadze. I wybałuszyłem oczy ze zdziwienia… 96 kg. Powtórzyłem wynik kilka razy na głos. Nie brzmiało najlepiej. Co dalej? Tradycyjnie. Udawałem, że nie ma problemu. Zresztą, co miałbym zrobić? Lubię zjeść. W pracy siedzę przed komputerem kilka godzin dziennie. Sportem się nie interesuję… nawet tym w telewizji. Ćwiczyłem ostatni raz w szkole na WF-ie, a biec nie chciało mi się nawet do podjeżdżającego na przystanek autobusu. Zresztą serio? Na zewnątrz temperatura w najlepszym wypadku zbliżała się do 0 stopni Celsjusza, a ja miałbym biegać? Byłem pulpetem i mogłem się z tym pogodzić albo…

ZOBACZ TAKŻE: Mistrz Europy Adam Kszczot: "Organizm błaga, żeby dłużej odpocząć"

***

Zacząłem od diety, chociaż nazwałbym to raczej świadomym odżywianiem. Z dnia na dzień wyeliminowałem cukier, niezdrowe przekąski i słodkie napoje, zmniejszyłem porcje posiłków i zacząłem jeść regularnie pięć razy dziennie. Odrzuciłem słodycze, w końcu zacząłem czytać etykiety kupowanych produktów i eliminować te, których skład zawierał w sobie zbyt wiele niezrozumiałych dla mnie związków chemicznych. Po kilku dniach – narastającej irytacji – poczułem się lepiej. Ale możliwe też, że tak mi się tylko wydawało. Waga zaczęła spadać. Niestety z kolejnymi kilogramami nie znikał z brzucha zmagazynowany gdzieś pod skórą tłuszcz. Z pomocą przyszedł mi smartfon, a raczej aplikacja „Mięśnie brzucha w 30 dni”. Wierzyłem w to. Codziennie rozkładałem w pokoju matę i klepałem ćwiczenia, o których istnieniu nie miałem wcześniej pojęcia. Pierwszy raz w życiu uwierzyłem, że mogę wszystko. No może poza „deską”, „nożycami”, „scyzorykiem” i ćwiczeniami izometrycznymi.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej