Rozmowa z Sebastianem Pawlikiem, pochodzącym z Tomaszowa Mazowieckiego asystentem Vitala Heynena w reprezentacji Polski siatkarzy

Jarosław Bińczyk: Pamięta pan, który to pana złoty medal w karierze?

Sebastian Pawlik: Szósty. Takich rzeczy się nie zapomina. Dwa z juniorami i kadetami w mistrzostwach świata i Europy i jeden w młodzieżowych igrzyskach olimpijskich.

A który jest najcenniejszy?

– Chyba ten ostatni, bo jest najświeższy w pamięci. Może za pół roku, kiedy się z tym oswoję, zmienię zdanie. Na razie sprawia mi najwięcej satysfakcji.

Spodziewał się pan aż takiego sukcesu? Po zwycięskim finale nawet siatkarze przyznawali, że taki wynik jest dla nich zaskoczeniem...

– Nie spodziewałem się. Kiedy zaczynaliśmy mistrzostwa, naszym oficjalnym celem było miejsce w szóstce. Nikt jednak nie myślał, że jedziemy walczyć o szóste miejsce. Kiedy już zapewniliśmy sobie awans, apetyty wzrosły, bo przecież nikt, żaden sportowiec się nie położy i nie przestanie walczyć, bo wykonał plan minimum. Faworytami byli Rosjanie, Amerykanie, Brazylijczycy, Francuzi, którzy tak dobrze pokazali się w Lidze Narodów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej