Kolejny raz okazało się, że sport nie ma przełożenia na wynik wyborczy. Owszem, w radzie miejskiej znaleźli się ludzie widywani na stadionach, nieukrywający swoich sympatii klubowych, ale z doświadczenia wiem, że gdyby deklarowali zupełny brak zainteresowania sportem, ich szanse na wybór byłyby takie same.

Z trójki kandydatów intensywnie promowanych przy al. Piłsudskiego radnym został jeden, a potwierdzeniem tezy, startujący z pierwszego miejsca na liście. Dwaj pozostali przepadli, podobnie jak popierany mocno na trybunach stadionu przy al. Unii prezes stowarzyszenia kibiców ŁKS. To pokazuje, jak nieliczna jest grupa tzw. fanatyków, uważających siebie – nie wiedzieć czemu – za kibicowską elitę. Bo tylko jeden z tej grupy przegranych, niebędący liderem listy, przekroczył barierę tysiąca głosów, podczas gdy ludzie na „jedynkach” dostali kilka razy więcej. Ich miernego wyniku nie poprawiło nawet wsparcie wojewody łódzkiego, który okazywał niezwyczajną łaskawość przy rozpatrywaniu wniosków o zamknięcie trybun za odpalanie na nich rac. Mam nadzieję, że wojewoda pozostanie konsekwentny i zamiast zamykając sektory karać ludzi, których jedyną winą jest kupienie karnetu na miejsce w pobliżu kiboli, będzie wywierał presję na policję, by znalazła prawdziwych winnych łamania prawa.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej