Aż do 88. min Widzew prowadził z Olimpią w Grudziądzu 2:0, ale nie był to wynik zasłużony, ponieważ lepiej prezentowali się gospodarze. Pierwsi strzelili gola, nieuznanego przez sędziego, który dopatrzył się wątpliwego faulu na łódzkim bramkarzu, dwa razy lidera uratował Patryk Wolański. Łodzianie byli jednak bardzo skuteczni, wykorzystując dwie z trzech dobrych okazji. Mieli jednak wiele słabych punktów, zaczynając od skrzydłowych: Konrada Gutowskiego i Mateusza Michalskiego. Mnóstwo strat miał Maciej Kazimierowicz, zdobywca pięknego gola po wzorowej kontrze. Gdy niewidoczny Michalski podwyższył na 2:0, wydawało się, że trzy punkty pojadą do Łodzi...

Widzewiacy przegrali jednak, a najbardziej bolesne jest to, że trzy bramki stracili w cztery minuty. I mogli poczuć to, co 21 lat wcześniej piłkarze Legii, w podobny sposób upokorzeni przez ich słynnych poprzedników. To właśnie pokazuje, że do miana dobrych piłkarzy obecnym wiele jeszcze brakuje. Oczywiście nie można zapominać, że grają dwie klasy niżej, ale w tym przypadku nie starczyło im przede wszystkim determinacji. Widzew wciąż jest drużyną, która zwycięstwa musi też wybiegać i wywalczyć. Tak walczyć, jak ich sobotni przeciwnicy w drugiej połowie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej