W 2001 roku Skra wróciła do ekstraklasy, ale początek rozgrywek miała fatalny, ponieważ przegrała pięć pierwszych spotkań, m.in. ze Stalą Nysa i Stolarką Wołomin, które nie zaliczały się do gigantów. Było to jednak przed ściągnięciem Mariusza Wlazłego. Później zdarzały się gorsze początki, ale nigdy po pięciu kolejkach bilans nie był tak zły jak obecnie. Obrońca tytułu zajmuje dopiero dziesiąte miejsce z dziewięcioma punktami straty do prowadzącej z kompletem zwycięstw Zaksy Kędzierzyn-Koźle.

Dlaczego tak się dzieje?

– Nie wiem – ucina Wlazły. Dodaje też, że przyczyn prawdopodobnie jest wiele, lecz nie chce o tym mówić, podkreślając, że już w sobotę w Jastrzębiu drużyna prezentowała się lepiej niż w poprzednich meczach. – Najwyżej będziemy atakować z szóstego miejsca – kończy ze śmiechem.

Jednym z głównych powodów słabszej dyspozycji drużyny są mistrzostwa świata. Złoci medaliści dołączyli do zespołu tydzień przed rozpoczęciem rozgrywek, po kilku dniach odpoczynku po wyczerpującej imprezie, w której rozegrali po kilkanaście spotkań. Podobnie było cztery lata temu, kiedy czterech siatkarzy grało w mistrzowskiej reprezentacji, jednak PGE Skra zaczęła sezon od 13 zwycięstw. Różnica była taka, że Wlazły, Michał Winiarski, Karol Kłos i Andrzej Wrona byli zawodnikami znacznie bardziej doświadczonymi od Artura Szalpuka i Jakuba Kochanowskiego, dla których mundial był pierwszym poważnym seniorskim turniejem. Łatwiej im było zniwelować braki fizyczne. Poza tym kadra mistrza Polski była bardziej wyrównana, a trener Miguela Falasca miał do dyspozycji trzech bardzo dobrych środkowych, zamiast Michała Winiarskiego grali Nicolas Marechal lub Wojciech Włodarczyk, a Wlazłego zastępował – jeszcze – z niezłym skutkiem Maciej Muzaj.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej