W 2003 roku reprezentacja Polski do lat 21 wygrała w Iranie mistrzostwa świata juniorów. W drużynie było dwóch atakujących, grających na zmianę: Wlazły i Marcel Gromadowski. Ten pierwszy z SPS Zduńska Wola, skąd trafił do Skry. Był to transfer w trybie awaryjnym, bo trzeba było zastąpić Tomasa Kalninsa, który doznał kontuzji. Łotysz miał pecha, bo już miejsca w szóstce nie odzyskał, a szybko stało się jasne, że pojawiła się nowa gwiazda, która sprawiła, że polska siatkówka wróciła na szczyty. I że zapomniane powiedzenie o wierności klubowi znów stało się aktualne.

1.

26 października 2005 roku. Skra debiutuje w Lidze Mistrzów, a jej pierwszym przeciwnikiem jest słynny Lokomotiw Biełgorod z Wadimem Chamuckich, Siergiejem Tietiuchinem, Aleksiejem Wierbowem, Aleksandrem Kosariewem i Argentyńczykiem Alejandro Spajiciem. Przed meczem zadzwonił do mnie znajomy mieszkający we Włoszech z pytaniem, czy znam Wlazłego. Bo jego kolega, prezes bogatego klubu, chce mieć w składzie atakującego z Bełchatowa. Podałem mu numer telefonu, ale negocjacje zakończyły się fiaskiem. Nie przypuszczałem wtedy, że w podobnej sytuacji znajdzie się wielu innych szefów słynnych drużyn... I jeszcze jedno, prowadzona przez Wlazłego Skra sensacyjnie ograła europejskiego hegemona 3:1.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej