To nie wszystko, co wiąże obu mężczyzn. 7 listopada Resovia grała z Lechią Gdańsk w Pucharze Polski, a mecz oglądał Kapka, od poniedziałku były już skaut Widzewa. Dostał zalecenie, by ocenić młodego skrzydłowego. Następnego dnia zawodnik odebrał telefon z propozycją transferu do... Górnika Łęczna, prowadzonego przez Franciszka Smudę, przyjaciela Kapki. Trudno się dziwić, że więcej zadań Kapka nie otrzymał, bo trener Radosław Mroczkowski mu przestał ufać. Przez ponad pół roku, od zmiany szkoleniowca, brał co miesiąc po kilkanaście tysięcy złotych za nicnierobienie. Zwolnić go nie było można, bo był w przedemerytalnym okresie ochronnym.

Nowy zarząd Widzewa przerwał fikcję, podpisując z Kapką porozumienie o rozwiązaniu dotychczasowej umowy. Zapłaci mu też 50 tys. odszkodowania, a do końca roku skaut będzie doradcą zarządu za nieco ponad 3 tys., czyli najniższą płacę. W sumie klub wyda prawie 90 tys. zł, ale zaoszczędzi dwa razy tyle na wszystkich kosztach i 20-procentowej podwyżce, jaką Kapka miał zagwarantowaną po awansie drużyny do pierwszej ligi. I to jest największy zysk Widzewa w tym roku.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej