– To jest mecz o ogromną stawkę, bo już na starcie w ekstraklasie każdy klub dostaje 11 mln zł – mówił przed rozpoczęciem gry Grzegorz Lato. Według niego taka suma uratuje oba kluby, nienależące do krezusów. Stąd w Mielcu wielka presja przed spotkaniem z ŁKS, który jest najgroźniejszym przeciwnikiem w walce o drugie miejsce. Na trybunie dla ViP-ów oddawano honory Tomaszowi Porębie. – Każdy klub ma kogoś, kto załatwia dla niego pieniądze. Dla stali jest to pan Poręba – mówił o polityku PiS rzecznik prasowy klubu. To dzięki niemu Stal jest sponsorowana przez PGE.

ŁKS osłabiony i defensywny

Kazimierz Moskal nie mógł wystawić najsilniejszego składu, bo kontuzjowani są Łukasz Sekulski, Łukasz Piątek, Artur Bogusza, a Jan Sobociński pauzował za kartki. Trener postawił więc na zabezpieczenie bramki, stawiając na dwóch defensywnych pomocników – Lukasa Bielaka i Bartłomieja Kalinkowskiego. Nic dziwnego, że łodzianie rzadko pojawiali się przed bramką gospodarzy. W pierwszej połowie mieli jedną szansę, kiedy po podaniu Daniela Ramireza Wojciech Łuczak był w dobrej sytuacji, ale został zablokowany przez obrońcę.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej