– Nie jedziemy po dwa sety, ale wygrać cały mecz – takie hasło obowiązywało przed rewanżem w Petersburgu. Zwycięstwo za trzy punkty w pierwszym spotkaniu postawiło bełchatowską drużynę w świetnej sytuacji. Bo nawet przy wysokiej porażce mieli w zapasie drugie życie, jakim był „złoty set”.

Kubański olbrzym robił różnicę

Siatkarze PGE Skry zaczęli grę nerwowo, jakby stawka ich przytłoczyła. Efektem był popsuty atak Milada Ebadipoura i dwa następne punkty zdobyte przez gospodarzy. Rosjanie nie wypuścili inicjatywy, chociaż bełchatowianie kilka razy zbliżyli się do nich. Można było szybko przekonać się, ile dla Zenitu znaczy Oreol Camejo. Trener wicemistrza Rosji twierdzi, że to najważniejszy zawodnik w jego zespole, bo mimo 207 cm wzrostu trzyma przyjęcie zagrywki, w ataku jest trudny do zatrzymania, zaś w bloku to niemal ściana.

Gospodarze mieli też szczęście, bo piłka kilkakrotnie wpadała w boisko, zahaczając o taśmę i uniemożliwiając obronę. Wśród bełchatowian słabiej grali Mariusz Wlazły i Ebadipour, czyli teoretycznie najlepsi ze skrzydłowych. Widać było jednak, że nawet nieznaczna poprawa powinna przynieść powodzenie. I tak było w drugim secie, kiedy obaj poprawili skuteczność i wsparli Milana Katicia. PGE Skra pierwszy raz prowadziła 8:7 po bloku Jakuba Kochanowskiego na Jewgieniju Siwożelezie i nie wypuściła szansy. Nie zdeprymowały jej nawet dwie kolejne pomyłki młodego mistrza świata, bo za trzecim razem wbił tzw. siatkarskiego gwoździa, a później już bawił się z potężnymi rywalami. Przewagę dały serwy Wlazłego i pojedynczy blok Karola Kłosa na Aleksjeju Safonowie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej