W środę, po remisie z Olimpią w Elblągu, w Widzewie zapanowała niemal euforia. Szefowie klubu mówili o przełomie, bo przecież punkt zdobyty z ostatnią drużyną w tabeli to duży sukces. Ciekawe, czy cztery dni później prezes Jakub Kaczorowski też wszedł do szatni i dziękował zawodnikom za dobrą grę? A może zrozumiał, że tych ludzi nie stać na więcej i kolejnych pięć zmian trenera niczego nie zmienią, bo tej drużyny nie stać na więcej?

Dobry tylko początek

Tym razem mecz ułożył się dla Widzewa świetnie, bo po jedynym dobrym zagraniu Adama Radwańskiego, a w właściwie połowie dobrego podania, bo gdyby nie kiks stopera, piłka nie dotarłaby do Daniela Mąki. A kapitan drużyny precyzyjnym strzałem dał prowadzenie. I na tym skończyły się pozytywy, a im dłużej trwał mecz, tym było gorzej. Pierwsze gwizdy rozległy się po półgodzinie gry.

Kolejne szanse bramkowe widzewiacy mieli już tylko po stałych fragmentach. Nie mogło być inaczej, skoro połowa drużyny udaje zaangażowanie. Radwański kolejny raz przedreptał 90 minut, zwalniając każdą akcję, w której brał udział. Miał jednak asystę, więc i tak był lepszy od Macieja Kazimierowicza, biegającego zupełnie bez sensu. O pomocnika na tej pozycji trzeba wymagać choćby odrobiny kreatywności na boisku, a nie na Instagramie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej