W przypadku ŁKS powiedzenie, że własne boisko jest atutem, nie jest prawdziwe. Przeciwnie, płyta stadionu przy al. Unii sprzyja rywalom, którzy przyjeżdżają się bronić, bo jest koszmarnie nierówna. Nawet zawodnik tak dobry jak Dani Ramirez miał problemy z opanowaniem piłki. Sandecja, która jest jedną z najmniej skutecznych zespołów w pierwszej lidze, ograniczała się do przeszkadzania, choć nie była to defensywa chaotyczna.

Szczęście ŁKS

Gospodarze tradycyjnie starali się wymieniać wiele podań, ale gdy trzeba było przyspieszyć, akurat piłka podbiła się na nierówności i poleciała nie tam, gdzie powinna. Pierwszy strzał w meczu miał miejsce dopiero w 25. min. Łukasz Piątek kopnął z linii pola karnego, jednak bramkarz Sandecji obronił. Następnie Damian Chmiel popisał się mocnym uderzeniem, jednak trafił w poprzeczkę.

W końcówce pierwszej połowy ełkaesiacy już nie atakowali tak agresywnie, dlatego gra się wyrównała. Akcje załamywały się jednak przed polami karnymi. I gdy wydawało się, że przed przerwą nie doczekamy się gola, Łukasz Sekulski teatralnie przewrócił się w starciu z Marcinem Flisem, a Sebastian Jarzębak podyktował rzut karny. Napastnik ŁKS oszukał sędziego, ale podobno w epoce przed VAR-em takie błędy są elementem meczu... Z 11. m pewnie strzelił sam poszkodowany, a po chwili – po przechwycie piłki na połowie rywala – trzech ełkaesiaków miało naprzeciw dwóch obrońców, jednak nie potrafili tego wykorzystać. Już w doliczonym czasie Michal Piter Bućko z bliska główkował po rzucie rożnym, na szczęście niecelnie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej