Chcesz dostawać mailem serwis z najważniejszymi informacjami z Łodzi? Zapisz się na nasz bezpłatny newsletter.

Niezbyt się znam na zarządzaniu w sporcie, dlatego będę posiłkował się opiniami innych, bardziej doświadczonych w tej kwestii. Powołam się na słowa Zbigniewa Bońka, według którego w klubie sportowym potrzebny jest lider, a najlepiej, by był nim właściciel. Albo przynajmniej prezes, taki z charyzmą i wyczuciem sportowym, jakiego nie nabywa się po dwóch miesiącach urzędowania.

W Widzewie lidera nie ma. Ostatnim był właśnie Boniek, kiedy na początku XX wieku odbudowywał klub. Potrafił wejść do szatni przed meczami i tak zmotywować piłkarzy, że grali lepiej, niż potrafią. Poza tym wyznaczał cel. Wcześniej był legendarny już Ludwik Sobolewski, później takie cechy przywódcze miał Andrzej Pawelec. Ale gdy zastępował go Andrzej Grajewski, bywało z tym różnie, najczęściej źle. Po Bońku był Sylwester Cacek, który rządzenie oddał rodzinie i kolegom, co skończyło się katastrofą.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej