Nigdy nie ma drugiej okazji, żeby zrobić pierwsze wrażenie – napisał kiedyś Andrzej Sapkowski. Martyna Pajączek swoją wykorzystała - pierwsze wrażenie zrobiła świetne. We wtorek po raz pierwszy stanęła przed dziennikarzami (i kibicami, bo jej pierwsza konferencja prasowa była transmitowana w internecie) i wypadła świetnie. Mówiła językiem, który w Łodzi, w Widzewie, wszyscy znakomicie rozumieją – prostym i konkretnym. Po fatalnej erze Sylwestra Cacka, zakończonej upadkiem klubu, język korporacyjny w Widzewie nigdy już nie zostanie zrozumiany.

Poprzednik Pajączek Jakub Kaczorowski (mówiący w języku korporacyjnym) już w pierwszych dniach pracy w klubie wspominał o awansie, piątym mistrzostwie Polski i budowie kolejnego wielkiego Widzewa. Nowa prezes mówiła o tym, co jest do zrobienia teraz, nie przedstawiała wizji wspaniałej przyszłości, science fiction. Cel numer jeden to szybka budowa drużyny i przygotowanie jej do nowych rozgrywek w drugiej lidze. – Martwi mnie skład pierwszego zespołu. Muszę spotkać się z członkami pionu sportowego i wydusić od nich obietnicę i przekonanie, że nie muszę się martwić. To absolutny priorytet – mówiła Pajączek.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej