O dziecko jakoś specjalnie się nie starała. Uznała, że przyjdzie we właściwym momencie. W ciążę zaszła po kilku latach małżeństwa. – To było duże zaskoczenie. Cieszyłam się bardzo. Wszyscy znajomi mieli z tym problemy. A u nas poszło tak raz–dwa – wspomina Aleksandra Gulbinowicz (rocznik 1985), absolwentka zarządzania na Uniwersytecie Łódzkim, od 10 lat pracująca w BUL.

Szczęście małżonków nie trwało jednak długo. Pierwsze USG zrobiła w siódmym tygodniu. Wynik? Brak serca. – W szpitalu stawali na głowie, żeby serduszko zdołało się jednak wykształcić. Ale bezskutecznie – opowiada. Olę czekało łyżeczkowanie, czyli oczyszczenie macicy. – Czułam się strasznie. Obok mnie leżała dziewczyna tuż przed porodem. Szczęśliwa, czekająca na rozwiązanie. A ja po zabiegu. Obolała i bez dziecka. Na szczęście pozbierałam się dość szybko, tłumacząc sobie, że to falstart – opowiada.

Po kilku miesiącach znów była przy nadziei. W 16. tygodniu okazało się, że szyjka macicy jest skrócona, co grozi przedwczesnym porodem. – Ginekolożka była przerażona. Powiedziała, że to niewydolność cieśniowo-szyjkowa. I że może mi założyć szew McDonalda w znieczuleniu ogólnym albo od razu, na miejscu, krążek zwany pessarem. Decyzję podjęłam, leżąc na fotelu. Nie miałam zielonego pojęcia, co to takiego ta niewydolność. Wybrałam pessar, bo wydawał się mniej skomplikowany – relacjonuje.

Pessar uwierał, ale to ponoć pół biedy. Gorzej, że wraz z nim Ola dostała nakaz leżenia. Nawet na spacer nie mogła wyjść, bo musiałaby pokonać trzy piętra. – Gdy teściowa usłyszała hasło „niewydolność”, jęknęła tylko: „O, matko!”. Ale ja nie miałam jeszcze czarnych myśli. Każdy dzień odhaczałam. Byle do przodu – wspomina.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej