O dziecko jakoś specjalnie się nie starała. Uznała, że przyjdzie we właściwym momencie. W ciążę zaszła po kilku latach małżeństwa. – To było duże zaskoczenie. Cieszyłam się bardzo. Wszyscy znajomi mieli z tym problemy. A u nas poszło tak raz–dwa – wspomina Aleksandra Gulbinowicz (rocznik 1985), absolwentka zarządzania na Uniwersytecie Łódzkim, od 10 lat pracująca w BUL.

Szczęście małżonków nie trwało jednak długo. Pierwsze USG zrobiła w siódmym tygodniu. Wynik? Brak serca. – W szpitalu stawali na głowie, żeby serduszko zdołało się jednak wykształcić. Ale bezskutecznie – opowiada. Olę czekało łyżeczkowanie, czyli oczyszczenie macicy. – Czułam się strasznie. Obok mnie leżała dziewczyna tuż przed porodem. Szczęśliwa, czekająca na rozwiązanie. A ja po zabiegu. Obolała i bez dziecka. Na szczęście pozbierałam się dość szybko, tłumacząc sobie, że to falstart – opowiada.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej