Rozmowa z

Khamisem Abtanem,

imamem wspólnoty muzułmańskiej w Łodzi

Blanka Rogowska: Mieszka pan w Polsce dłużej niż ja. Chyba musi ją pan lubić.

Khamis Abtan: – Chciałem zostać inżynierem. Na początku planowałem studia w Anglii. Poza techniką, zawsze lubiłem historię. Po maturze, wiele czasu poświęciłem na czytanie o dziejach Europy. Jeden naród, o którym wcześniej nie wiedziałem wiele, zwrócił moją uwagę. Polacy. Ciągle pomiędzy wrogimi siłami. W czasie rozbiorów przez sto lat nie mieli swojego państwa. Mimo tego nie poddali się. Stawili opór hitlerowskiej sile. Nie załamali się. Odbudowali swój kraj, zniszczone miasta. Ich duch nigdy nie umarł. Pomyślałem, że to naród waleczny, odważny, niezłomny. Taki, który kocha wolność. To zrobiło na mnie duże wrażenie. Dlaczego nie miałbym pojechać do Polski?

Pierwsze wrażenie?

– To była noc. Rok 1982. Na lotnisku mnóstwo wojska i policji. Wiedziałem, że w Polsce jest socjalizm, planowana gospodarka, ale nie rozumiałem, co to oznacza, jeśli chodzi o ustrój polityczny. Milicjanci traktowali nas źle. Żądali pieniędzy. Nie wiadomo, za co. To samo w hotelu. Nie rozumiałem, co mówią, ale czułem, że to nic dobrego. Następnego dnia byłem już w ambasadzie Iraku w Warszawie i prosiłem o bilet powrotny. Konsul zapytał: kiedy przyleciałeś? Powiedziałem, że wczoraj. Zaczął się śmiać. Zaproponował, żebym został miesiąc. Na próbę. Jeśli nadal będę tu nieszczęśliwy, pomoże mi wrócić. Przyjechałem do Łodzi. Zapisałem się do Studium Języka Polskiego. Poznałem miłość mojego życia. Zapomniałem o pomyśle powrotu. Skończyłem studia – budownictwo lądowe. W tamtych czasach w Iraku było dużo możliwości. Ale zostałem tu. Pokochałem Polskę.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej