Łódź i Warszawa, łodzianie i warszawiacy... Odwieczna rywalizacja, patrzenie na siebie bokiem, uszczypliwości, złośliwostki, dowcipy. To normalne, gdy sąsiadują ze sobą dwa wielkie ośrodki, z czego jeden jest miastem stołecznym, a drugi przez dekady był z tej racji pomijany, zapomniany, pozbawiony wsparcia i... kasy.

Od kilku już lat obserwuję przemianę we wzajemnych uczuciach mieszkańców jednego i drugiego miasta. Staliśmy się sobie bliżsi, może dlatego, że łodzianie nie czują się już ubogimi krewnymi, mogą konkurować na wielu polach, mają sporo do zaoferowania.

Warszawiacy, którzy jeszcze 10 lat temu patrzyli na mnie jak na przybysza z dziwnej krainy, dzisiaj na wieść, że jestem z Łodzi mówią: „Ale u was teraz się zrobiło fajnie”.

To prawda. Mamy gdzie pójść, czym się zachwycić i czym to wszystko zakąsić. I mimo że ciągle musimy przeskakiwać przez kolejne kładki z racji licznych remontów, to przecież ostatecznie wyłania się nowa jakość.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej