Wykonuję go od tak wielu lat, że samej przed sobą głupio mi się do tej liczby przyznać i, szczerze mówiąc, więcej przyniósł mi radości niż zgryzoty. Ale przede wszystkim zawsze dawał mi poczucie dumy, że oto jestem oczami i uszami społeczeństwa. I z wyjątkiem jakichś zupełnie egzotycznych sytuacji, kiedy rozmodlone do furii przeciwniczki liberalnych mediów wyrywały mi mikrofon z ręki, bo miał logo znienawidzonej przez nich wówczas TVP, zwykle spotykałam się z wielką życzliwością.

CZYTAJ TAKŻE: Warszawiacy chwalą Łódź. I słusznie! Bo mają za co

Wzajemnie, bez względu na znaki firmowe na kamerach, wspieraliśmy się z kolegami innych stacji – już to użyczając światła, już to dźwięku, już to parasola w deszczowym plenerze. I słowo honoru, nikogo nie obchodziło, kto z której strony przychodzi. Przekazywaliśmy sobie wzajemnie potrzebne w komentarzach dane, nie właziliśmy sobie wzajemnie w kadr  i nie przepędzaliśmy jeden drugiego od głośnika.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej