Pamiętam czasy, kiedy o piątej rano tramwaje sunęły pełne zaspanych prządek, rozwożąc je do fabryk na pierwszą zmianę. Kobiety źle ubrane, milczące, smutne, zatroskane. W swych wyświechtanych, szarych paltocikach jechały przez szare ulice szarego miasta, nad którym unosił się czarny dym kopcących kominów. Gdzie tam się z nim może równać nasz dzisiejszy, cywilizowany smog? Dym był naprawdę czarny, nie przepuszczał promieni wschodzącego o świcie słońca i zostawiał tłuste kropki na parapetach. Nie, to nie jest obrazek końca XIX wieku. Aż taka stara nie jestem jednak. To lata 70., 80.

ZOBACZ TAKŻE: Przygoda w Manufakturze. Groźny orzeł wśród radosnych Europejczyków [FELIETON]

Pamiętam czasy, kiedy w centrum miasta nie uświadczyłeś żywego drzewka, kawałka trawniczka. Na osiedlach – owszem, była zieleń. Zwłaszcza tych starszych. Na moich Dołach było naprawdę nieźle, choć nie umywało się to do morza zieleni, w którym toniemy obecnie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej