Prawa rządzące językiem są niczym prawa przyrody. Symbole żyją własnym życiem. Trochę jest z nimi tak, jak z językowymi normami. Żebyśmy nie wiem jak próbowali je usystematyzować, żebyśmy się boczyli na nowinki i kurczowo trzymali swoich przyzwyczajeń, nowe słowa, nowe formy i konteksty robią, co chcą. Jedne słowa znikają, inne się przekształcają. Kto dziś pamięta formę „sąmnienie”? Albo takie „krom”? Za to obywatelstwo zdobyły „interfejsy”, „lajkowanie” czy „wrapy”. I nikt, naprawdę nikt nie ma na ten proces żadnego wpływu. Bo prawa rządzące językiem są niczym prawa przyrody.

ZOBACZ TAKŻE: Nie szukajmy dziury w całym... kiedy Łódź pięknieje [FELIETON]

***

Podobnie rzecz się ma z symboliką państw, regionów i miast. Zwłaszcza miasta mienią się całym bogactwem rozmaitych, słowno-muzyczno-obiektowo-obrazkowych symboli. Jedne są stałe i niewzruszone, inne ewoluują w związku z zachodzącymi zmianami, modami, inwestycjami.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej