Wszyscy pamiętamy, że poprzednie zakończyło się fantastycznie. Paweł Pawlikowski odebrał statuetkę za „Idę”, i był to pierwszy taki sukces w historii polskiej kinematografii.

– Jak się tu znalazłem? Nakręciłem czarno-biały film o potrzebie ciszy, wycofania się ze świata i kontemplacji, a teraz jestem tu – w epicentrum hałasu i uwagi świata. Życie jest pełne niespodzianek – mówił ze sceny reżyser, wywołując aplauz hollywoodzkiej publiczności.

Do Los Angeles polecieli także między innymi Ewa Puszczyńska, producentka „Idy” i „Zimnej wojny” oraz Piotr Dzięcioł – założyciel i szef łódzkiego studia.

ZOBACZ TAKŻE: Oscar dla "Idy" to wielkie zwycięstwo Łodzi [OPINIA]

***

Dla filmu wyprodukowanego przez Opus Film była to pierwsza nominacja do Oscara i od razu zwieńczona sukcesem. Wcześniej bywały tylko, albo i aż, wskazania polskiej komisji oscarowej.

W 2002 roku o nominację starał się „Edi” Piotra Trzaskalskiego. – Z okna zobaczyłem człowieka. Pchał wózek, z którego wysypywały się rury. Był kompletnie pijany, rury wysypywały mu się, on znów kładł je na wózek, w końcu padł i zasnął, tuż przed bramą złomowiska – opowiadał reżyser Tadeuszowi Sobolewskiemu. – Powiedziałem do przyjaciela, scenarzysty Wojciecha Lepianki:

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej