Nie chce się wypowiadać pod nazwiskiem, bo chociaż wulkanizatorów w okolicy jest kilku, to wszyscy się znają. A on raczej pochlebnych opinii na temat kierowców nie ma. Jest na rynku od 12 lat i chociaż zakład ma mały, to swoje widział.

–Tyle lat mam prawo jazdy i nigdy na dziurze opony nie zniszczyłem. A ludzie tutaj za...ją cały czas! Nie patrzy jeden z drugim, co jest przed nim, tylko leci. Pamiętam, jak raz trochę wygięła się szyna. Wystawał kawałek metalu, to tu stało siedem samochodów – mówi mężczyzna, wskazując na wjazd do zakładu.

– Czasem staje taki i sam próbuje sobie zmienić koło. Męczy się 20 minut, ale nie podejdzie. Chwila moment i bym to sam zrobił. Ale to ja mam podchodzić?

Chwila przerwy w rozmowie, bo w międzyczasie jeden z klientów przyszedł zapłacić za usługę. – Ile jestem winien? – pyta. – Ty to masz dużo pieniędzy – śmieje się właściciel. – Cena zależy od tego, co zostało uszkodzone. Za samą wymianę opon biorę 70 zł. Za prostowanie felgi? To też zależy – powie mi później.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej