Tuż przed samymi wyborami, jak wszyscy doskonale pamiętamy i pamiętać będziemy długo, raczył nasze miasto odwiedzić pan w randze ministra, który koniecznie chciał wpłynąć na nasze decyzje. W swojej niezmierzonej naiwności sadził, że oto przyjedzie ze stolicy, z samego najściślejszego kręgu władzy i nam po prostu powie, co mamy robić. I my to wykonamy. Zastanawiam się, jak bardzo trzeba być naiwnym, albo przeciwnie – zadufanym w sobie, by nie zdawać sobie sprawy, że tego typu działanie zwykle przynosi skutek dokładnie odwrotny. Bo ludzie, proszę pana, nie lubią być traktowani z góry, nie lubią, gdy im się palcem wskazuje rozwiązania, gdy przychodzi się do ich domu i zaczyna go urządzać według własnych upodobań.

ZOBACZ TAKŻE: Dbajmy o nauczycieli! "Biorą odpowiedzialność za dzieci za pieniądze mniejsze niż w sklepie z butami" [FELIETON]

Tadeusz Konwicki miał asystenta, który zawsze udzielał mu idiotycznych rad. Kiedy zapytano pisarza, czemu go nie zwolni, mówił:

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej