„Wiem, że umrę, i to trzyma mnie przy życiu”. Ta myśl towarzyszy mi od dawna, od kiedy zaczęły mnie dotyczyć wszelkie kłopoty człowieka dorosłego, obarczonego odpowiedzialnością za los swój i innych. Te kłopoty potrafią nas czasami sparaliżować, odebrać chęć do działania i wiarę we własne siły.

Kiedy nas dopadną, zalecam, moim sposobem, wybrać się na cmentarz. Na groby naszych bliskich, na groby ludzi nam znanych lub całkiem obcych. Ta wizyta, jeśli nie będzie zdominowana zakupami najmodniejszych modeli zniczy i plastikowych wiązanek, może okazać się ważną nauką, chwilą najgłębszej refleksji. Paradoksalnie – czasem, który wleje w nasze żyły chęć do dalszej walki o własne życie, póki ono jest.

Wczoraj wybraliśmy się tam wszyscy. Bo tak trzeba, bo tak nakazuje tradycja, bo nie wypada nie pójść. To piękny zwyczaj, jedynie w Polsce celebrowany aż w takim stopniu: morze kwiatów, światełek i ludzi; wieczorne łuny nad cmentarzami... Wspólnota. I nieważne, skąd jesteś, jakie masz poglądy, czy jesteś młody czy stary, wykształcony bardzo czy nieco mniej. Przychodzisz, bo nie wyobrażasz sobie, by mogło być inaczej.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej