Leżała wśród reklamowych druków marketów, obok zaproszeń na bezpłatną mammografię i kilku adresowanych do mnie czułych listów z instytucji bankowych. Broszura nie była kierowana indywidualnie do mnie, dostał ją każdy, chciał czy nie. Pytałam znajomych, rodzinę, przyjaciół i okazało się, że nikt nie został pominięty.

ZOBACZ TAKŻE: "Polacy to, Polacy tamto". Ale kim tak naprawdę jest ten Polak? [FELIETON]

Publikacja formatu A-5, kolorowa, na przyzwoitym papierze, 59 stron. 50 i jedna fotografia. Nakład nie został ujawniony, ale sądzę, że w samej Łodzi musiało zostać rozkolportowane około 150 tys. egzemplarzy, skoro przynajmniej jeden znalazł się w każdej skrzynce. A przecież nie tylko Łódź została obdarowana, bo i Aleksandrów i Działoszyn, Krośniewice, Łęczyca i Łowicz, Opoczno, Poddębice, Radomsko, Ruda i Skierniewice, Sulejów, Warta oraz Wieluń. Czyli te wszystkie miejscowości, których rady miejskie, zdaniem wojewody, nie dokonały stosownych w jego mniemaniu zmian nazw ulic i placów. Jak głosi informacja, publikacja została „wydana ze środków Polskiej Fundacji Narodowej”. Zakładając, że koszt wydrukowania książeczki w hurcie wynosił 2 zł, wydano na to dzieło przynajmniej 400 tys. zł. Na biednego nie trafiło, w końcu – naród płaci.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej