W Polsce jest wiele nowoczesnych stadionów, ale tylko jeden co dwa tygodnie wypełnia się praktycznie w 100 procentach. W soboty o godz. 19.10 przy al. Piłsudskiego w Łodzi rozpoczyna się zabawa, w której uczestniczą całe rodziny. Niemało jest takich, którzy przylatują do Polski z Anglii, Szkocji, a nawet z USA. Łączy ich jedno: są kibicami Widzewa, odradzającego się z upadku w 2015 r.

ZOBACZ TAKŻE: Widzew i firmę trzeba budować cegła po cegle [ROZMOWA]

Trzy lata temu klub, w którym wielkimi piłkarzami stali się Zbigniew Boniek, Włodzimierz Smolarek i Józef Młynarczyk, przestał istnieć. Sylwester Cacek, kupując go, obiecywał, że będzie jak Real Madryt, a zostawiał z ogromnymi długami, bez licencji na występy w drugiej lidze i – jak się wydawało – bez przyszłości.

Uratowali go fani, których miał w całej Polsce. Łódzki biznesmen Grzegorz Waranecki skrzyknął kilkunastu kolegów, którzy zgodzili się wyłożyć po kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy złotych, by reaktywowany zespół mógł wystartować w czwartej lidze. Pomógł Łódzki Związek Piłki Nożnej i centrala, zgadzając się na start Widzewa w czwartej lidze. Na briefing, podczas którego ogłoszono powstanie nowego Widzewa, przyszło kilkuset kibiców, a ostatnie dokumenty potrzebne do zgłoszenia kurier przywiózł kilka minut przed rozpoczęciem spotkania.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej