Rozmowa z księdzem Wojciechem Lemańskim.*

Paweł Rutkiewicz: Jak księdza przyjęto w Łodzi? Chodzi mi o wiernych w księdza parafii.

Ks. Wojciech Lemański: Mnie samemu trudno oceniać, ale na początku mojej pierwszej mszy w Nowosolnej ksiądz proboszcz przeczytał dekret arcybiskupa, że mam pełnić posługę w tej parafii. No i ludzie chyba się nie przestraszyli, bo klaskali.

ZOBACZ TAKŻE: Ojciec Gużyński: "Często bałamuci nas przypisywanie świętom magicznej mocy"

Jak należy rozumieć to, że ksiądz w Łodzi „rezyduje”. Czy to jest zesłanie?

Dlaczego miałoby to być zesłanie?

Dlatego, że komentując przeniesienie księdza do Łodzi biskup warszawsko-praski Romuald Kamiński stwierdził, że „trzeba próbować ludzi ratować, wykorzystać wszystkie możliwości pomocy”. Przeniesienie miałoby być jednym z nich.

To swoista „poezja”. Ja po prostu złożyłem wniosek o odejście z diecezji, czyli o tzw. ekskardynację, do czego ma prawo każdy kapłan. Warunek jest jeden: musi znaleźć się diecezja gotowa go „inkardynować” – czyli przyjąć. Biskup Kamiński powiedział, że to będzie związane z jakimś „czasem próby”. Skoro tak ma być, to niech tak będzie.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej