Blanka Rogowska: Od kiedy pani poluje?

Beata Lisiak: Jestem księgową, ale zawsze interesowałam się ochroną środowiska. Myśliwą zostałam 10 lat temu. Wszystko przez mięso.

W markecie kupujemy bezkrwawy kawałek na tacy. Zapominamy, że to była żywa istota. Świnia hodowana w masowych warunkach nie widzi światła słonecznego, żyje w małym boksie, przewożona jest w skandalicznych warunkach. Potem jest masowe zabijanie. Zwierzęta są grupowane i pakowane do klatki, z której nie ma ucieczki. Nie miały ani jednej dobrej chwili. Do tego dochodzą antybiotyki. Chylę czoła przed organizacjami, które próbują to zmienić. Poluję, żeby jeść zdrowe mięso.

Mój stek ma dla mnie wielką wartość. Musiałam poznać zwyczaje dzikiego zwierza, podejść go do granicy skutecznego strzału, zabić, oskórować, rozebrać na części. Nie zabijamy dla przyjemności zadania bólu czy dla zabawy. Nigdy nie zdarzyło mi się postrzelić zwierzęcia. Wszystkie moje strzały były śmiertelne.
Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej