Minęły trzy lata od czasu, kiedy Mateusz Morawiecki, wtedy jeszcze wicepremier i minister rozwoju, ogłosił ambitny plan dla Polski. Zapowiedział, że do 2025 r. po polskich drogach będzie jeździć milion elektrycznych samochodów – w kraju, w którym jeszcze rok przed tą zapowiedzią zarejestrowano łącznie 337 tego typu pojazdów! A jednak wicepremier nie wątpił. – Ten program ma być kołem zamachowym polskiej gospodarki – mówił.

ZOBACZ TAKŻE: Ks. Wojciech Lemański: "Jazgot nad trumną zaczął być polską specjalnością"

Jednym z tych, którzy w to uwierzyli, był Stefan Jabłoński, łódzki emeryt, który kupił sobie e-samochód. Za swoje cacko zapłacił niemało, bo prawie 200 tys. zł.

– Sądziłem, że na jednym ładowaniu dojadę do Warszawy. To ok. 140 km. Ale okazuje się, że byłoby to bardzo trudne. A nawet gdybym dojechał, to nie wiedziałbym, gdzie tam znaleźć ładowarkę – mówi.
Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej