Paweł Rutkiewicz: Spóźniłeś się na wywiad, bo – jak tłumaczysz – wciąż upierasz się przy jeździe komunikacją miejską. Może niepotrzebnie, skoro jest tak zawodna?

Dominik Artomski: Popieram „nowy urbanizm” i zrównoważony transport, ale coraz częściej mam wrażenie, że jeżdżę komunikacją publiczną tylko dlatego, że jestem jej zwolennikiem. Zwłaszcza zimą coraz częściej kusi mnie, żeby przesiąść się do auta, bo skoro i tak stoję w korku, gdzie tramwaj blokuje tramwaj, to równie dobrze mogę sobie siedzieć w aucie, w cieple, posłuchać muzyki, a czasem nawet książkę poczytać. Niby można też w tramwaju, ale tylko gdy się siedzi. Poza tym, mimo wszystko autem chyba podróżuje się po Łodzi szybciej – co mogę zaobserwować, kiedy ktoś mnie podwiezie.

To dlaczego upierasz się przy transporcie publicznym?

– Wierzę w naukę i wiem, że to może działać. Mamy obszarowy system sterowania ruchem, który kosztował 80 mln zł i wystarczy dobrze go zaprogramować. Skoro w Monachium działa, to w Łodzi też może. Po prostu władze miejskie muszą zdecydować, czy tego chcą.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej