Niedawno kolega wyciął mi numer i publicznie wyznał, że znamy się już od 40 lat. Mógł jeszcze dodać, że nie poznaliśmy się wcale jako niemowlęta w kołyskach, tylko całkiem samodzielne nastolatki, ale już mi darował. Nie, nie mam do niego żadnej pretensji, w końcu: „Jaki jest koń, każdy widzi” i nie ma co nastolatki zgrywać. Ale jako że kończyliśmy to samo liceum (dzisiaj już nieistniejące XXVIII przy Mostowskiego), włączyła mi się w głowie aplikacja WSPOMNIENIA.

ZOBACZ TAKŻE: Radni sejmiku odebrali szansę na szczęście kobiet. "Żaden argument nie jest silniejszy od pragnienia matki, by spojrzeć w oczy swojego dziecka"

Przywołałam w pamięci portret Władysława Broniewskiego, patrona liceum, który podczas przerw spoglądał na nas ironicznym wzrokiem. I naszą młodość: „Inny świat” Grudzińskiego czytany cichcem pod ławką, bo był zakaz, czerwone legitymacje Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, lekcje chóru, spożywczak po drugiej stronie ulicy, akademie w rocznicę września i rewolucji październikowej.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej