Nazywam się Agnieszka Wawrzyniak-Khan, jestem nauczycielką angielskiego w XVIII LO w Łodzi. Oto mój czwartek. Takich czwartków jest wiele w ciągu roku, i nie tylko czwartków.

Biorę broń, jadę na targi

Byłam umówiona z koleżanką przed godz. 8 przed szkołą. Wzięłyśmy sprzęt: broń, kamizelki, mundury (uczę w liceum mundurowym z klasami policyjnymi), zatargałyśmy do auta, oczywiście prywatnego, i zawiozłyśmy do Atlas Areny na Targi Edukacyjne.

Dyżur na stoisku od godz. 8.30. Podchodzili rodzice, uczniowie podstawówek, gimnazjów. Każdemu z osobna przedstawiałam ofertę szkoły: jakich języków można się u nas uczyć, jakie są profile klas. Odwiedziło nas kilkadziesiąt osób, z jedną rozmawiałam, a za nią ustawiała się już kolejka. Ochrypłam.

Dyżur skończyłam o godz. 14, nie opłacało mi się jechać do domu, bo o 15.30 była rada pedagogiczna, kolejna w tym roku. Pojechałam więc prosto do szkoły, była 14.30. Nie lubię marnować czasu, bo mam go mało, to zaczęłam porządkować artykuły papiernicze na warsztaty, które organizuję w dni otwarte w naszej szkole – 5 i 6 kwietnia (piątek i sobota). Dużo rzeczy zostało mi z warsztatów grudniowych, wtedy z dziećmi z domu dziecka robiliśmy ozdoby na choinkę. Zrobiłam listę braków, sprzątnęłam, była godz. 15. Pół godziny do rady, więc sprawdziłam jeszcze ok. 15 sprawdzianów trzecioklasistów, którzy przygotowują się do matury rozszerzonej. Z gramatyki, więc szybko się sprawdza. Tzw. bezety, czyli jak ktoś był nieobecny na sprawdzianie, to musiał zaliczyć w dodatkowym terminie. W domu czekają na mnie jeszcze bieżące kartkówki do sprawdzenia, ale „bezety” musiałam sprawdzić w pierwszej kolejności, bo maturzyści pod koniec kwietnia mają już zakończenie roku szkolnego. Do 8 kwietnia musimy im wystawić propozycje ocen, pozaliczać wszystkie braki.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej