Grzyb przy oknach, astronomiczne kwoty za ogrzewanie, kopcący piec, przez który mały Patryk ma częste napady astmy. Jego matka, 25-letnia Ewelina, stoczyła długą walkę, żeby wyjść z bezdomności. Kiedy mówi, że rozważa powrót do schroniska, nie może powstrzymać łez
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Patryk nie może usiedzieć przy inhalatorze, choć Ewelina zachęca go i bajką, i obietnicą słodyczy. Chłopiec ma dziennie kilka inhalacji. Ewelina podlicza, że syn bierze siedem lekarstw - na astmę, przewlekły nieżyt nosa i atopowe zapalenie skóry. Niedawno dostał orzeczenie o niepełnosprawności. - Dla niego zrobię wszystko. Patryk jest dla mnie motywacją do działania i sensem życia - mówi Ewelina. 

Żeby Patryk nie pamiętał, że kiedyś był bezdomny

Nie zawsze tak było. Ewelina uciekła z domu jako nastolatka. Pomieszkiwała u znajomych, uczyła się w zawodówce, miała być ogrodnikiem. Imprezowała. Czasem trochę pracowała dorywczo. Kiedy miała 18 lat, trafiła do schroniska dla bezdomnych. Na krótko. Znów ktoś ze znajomych ją przygarnął, gdzieś udało się zarobić jakiś grosz. Ale kiedy okazało się, że jest w ciąży, a na ojca dziecka nie może liczyć, zrobiło się poważnie. Patryk nie miał nawet 11 miesięcy, kiedy Ewelina wróciła do schroniska. - Akurat było przepełnione i nawet jednego wolnego łóżka nie mieli. Ale przyjęli mnie, posłali na wersalce w świetlicy - wspomina. - To był straszny czas. Wszystko się pomieszało, Patryk chorował. A najgorsze, że mogłam go stracić, bo w sądzie toczyła się sprawa o pozbawienie mnie praw rodzicielskich.

ZOBACZ TAKŻE: Chce pracować, a nie może - bo zabiorą mieszkanie

Bo był w życiu Eweliny czas, że nie mogłaby się nazwać dobrą matką. W schronisku przez półtora roku Ewelina spała z synkiem na wersalce przy oknie. Był tłok, brak miejsca, hałas, niedostatek. Ale dla niej był to też czas, gdy - dzięki opiekunom, psychologowi i koleżankom, tak jak ona bezdomnym - zaczęła uczyć się, jak odpowiedzialnie opiekować się dzieckiem i jak je kochać. Udało się. Nie straciła syna, za to straciła kontakt z dawnym towarzystwem, z życiem do którego nie zamierza wracać. Przez wiele miesięcy wydeptywała ścieżki w urzędzie miasta i pisała kolejne podania. - Żeby dostać przydział na lokal socjalny i jak najszybciej wyjść z bezdomności. Nie chcę, aby Patryk pamiętał, że kiedykolwiek był bezdomny - mówiła. 

TOMASZ STAŃCZAK

I znów wielka radość. Magistrat zaproponował jej mieszkanie - 21 metrów kwadratowych w starej kamienicy. Dla niej to była bajka. Przy pomocy darczyńców udało się mieszkanie wyremontować, wydzielić maleńką łazienkę z części pokoju.

- To więcej, niż mogłam sobie wymarzyć - mówiła półtora roku temu Ewelina, siedząc na nowej kanapie, na tle fioletowych ścian (kolor sama wybrała). 

Kolejnej zimy tu nie przetrzymają

To było przed zimą. Zanim na świeże ściany zaczął wypełzać grzyb. Zanim się zorientowała, że choć wyda na opał 4,5 tysiąca złotych, nie zdoła ogrzać parterowego mieszkania bez podpiwniczenia i z pustostanami z każdej strony. Zanim Patryk zaczął poważnie chorować i dusić się od dymu z pieca. - Utrzymuję nas z zasiłków i 500 plus. Nie z lenistwa. Nikt mnie nie chce przyjąć do pracy z chorującym na okrągło dzieckiem. Marzyło mi się, że w weekendy będę się uczyć i zdam maturę. Może kiedyś. Teraz znów muszę walczyć, żeby zamienić mieszkanie. Przysięgam, nie chcę luksusów. Ale tu stan dziecka się pogarsza.

ZOBACZ TAKŻE: Bezdomny dał pieniądze dla dzieci po traumach

Ewelina pisała pisma do magistratu z prośbą o zamianę lokalu na inny, cieplejszy, bez wilgoci. Dostała odpowiedź odmowną - przeczytała, że stan mieszkania to jej wina, bo źle je wietrzy i dobudowała bez pozwolenia łazienkę. - Nie wiem już, co robić. Coraz częściej myślę, że będę musiała zabrać Patryka i wrócić do schroniska - płacze. 

- Przeraża mnie, że gdy tylko człowiek wychodzi z kartoteki „bezdomność” - wpada do czarnej dziury - mówi Oksana Hałatyn-Burda z Fundacji "W człowieku widzieć brata". - Taka kobieta ma za mało, żeby dostać mieszkanie o lepszym standardzie, a za dużo, żeby uznać ją za potrzebującą wsparcia. W papierach mamy sukces, bo wyszła ze schroniska. W życiu - dramat, bo jeśli do niego wróci, zaprzepaści lata ciężkiej walki o siebie i o syna, który jest dla niej całym światem!

Po tekście w "Wyborczej", kiedy opisywałam, że Ewelina z synem opuszcza schronisko dla bezdomnych, jej losem zainteresowała się radna, Małgorzata Moskwa-Wodnicka. - Przekazałam trochę ubrań po moim synku dla Patryka i miałam okazję ją poznać. Od tego czasu jesteśmy w kontakcie. Gdy usłyszałam ostatnio, w jakiej jest sytuacji i że rozważa powrót do schroniska, postanowiłam zrobić wszystko, żeby tak się nie stało. Interweniowałam w Zarządzie Lokali Miejskich, liczę, że to mieszkanie zostanie ponownie poddane oględzinom, a prośba pani Eweliny o zamianę zostanie uwzględniona. Widzę, jak ona walczy, żeby dać dobry dom synowi, jak puka do wszystkich drzwi. W tym mieszkaniu oni zimy nie przetrzymają. Trzeba działać szybko. Koniecznie trzeba pomóc. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Droga Redakcjo - w jaki sposob mozna tej dziewczynie pomoc??
    już oceniałe(a)ś
    4
    0
    W statystykach wygląda to pięknie, gorzej w życiu. Miasto nie ma systemowych rozwiązań w zakresie wychodzenia z bezdomności, do tego wyprzedaje za grosze mieszkania i zostają mu takie rudery. Czekają nas setki takich akcji "Jak mogę pomóc?". Czy doczekamy refleksji, że coś tu nie działa w polityce mieszkaniowej zanim jedynymi miejskimi mieszkaniami nie będą hodowle grzybów?
    już oceniałe(a)ś
    2
    0
    Prosze o informacje, jak mozna pomoc?
    już oceniałe(a)ś
    2
    0