Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Chcesz dostawać mailem serwis z najważniejszymi informacjami z Łodzi? Zapisz się na nasz bezpłatny newsletter.

To rysunki, instalacje i dokumentacje performansów (np. „Koncertu” czy spektaklu „Dzień dobry”/ „Buenos Dias” oraz „Miejsc rysunkowych” – prac wykonywanych w pustostanach albo mieszkaniach przyjaciół).

– Chcieliśmy zmienić sposób myślenia o Marku. Pokazać, że jego prace można czytać w sposób bardzo sensualny, nie trzeba się tak usztywniać. Interpretowanie do bólu nie zawsze jest konieczne. Tym bardziej że w pracach Marka jest dużo poczucia humoru

– mówi Magdalena Kownacka. – Skupiamy się na performansie i choreografii, które są dzisiaj bardzo modne. W Krakowie pracujemy z młodymi artystami. Uderzyło nas to, jak historyczne prace Marka rezonują z tym, co najbardziej interesuje młodych. Marek Chlanda się po prostu kompletnie nie starzeje! Choreografia jest teraz supertrendy. Fajnie pokazać, że takie prace powstawały już w latach 70., że nie jest to taka aktualność.

Do Muzeum Sztuki w Łodzi Marek Chlanda wraca po latach – pierwszą wystawę zorganizowano mu tutaj w 1985 r.

– Ten kontekst powrotu jest dla nas bardzo istotny – wyjaśnia Anna Saciuk-Gąsowska. – Poprzez wybór prac pokazujemy, że Marek Chlanda pozostaje tym samym człowiekiem. Pracuję teraz nad notami do innego tematu, czytam o artyście dwudziestowiecznym, że porzucił kubizm, zajął się puryzmem, zwrócił się ku konstruktywizmowi... Tu nie mamy czegoś takiego, Marek niczego nie porzuca, jest konsekwentny. Sztuka to jego życie.

Punktem wyjścia do opowieści o twórczości Marka Chlandy jest tytułowe „Studium posłuszeństwa” – praca, która powstała w ubiegłym roku, w trakcie artystycznej rezydencji w krakowskim technikum elektrycznym. – To labirynt, stworzony z wykorzystaniem dawnych prac Marka, niektórych jeszcze z lat 80. Wpisane w niego figury choreograficzne sprowadzone zostały do ruchu – opowiada Magdalena Kownacka. – „Studium posłuszeństwa” odwołuje się do przeszłości Marka i historii jego pracy twórczej. Figury wykonują gesty w relacji do przeszłości i dorobku artysty.

„Marek Chlanda. Studium posłuszeństwa”, Muzeum Sztuki w Łodzi, ul. Więckowskiego 36, piątek, 28 czerwca, godz. 18. Kuratorzy: Magdalena Kownacka, Gaweł Kownacki, Anna Saciuk-Gąsowska. Wystawę będzie można oglądać do 13 października.

Życie w formatach byłoby dla mnie katorgą

Z Markiem Chlandą, autorem wystawy, rozmawia Izabella Adamczewska.

Izabella Adamczewska: Tytuł wystawy, „Studium posłuszeństwa”, kuratorzy zapożyczyli z pana „Szkoły utopii”. Wraz z synem przez dwa lata rezydowaliście w opuszczonym technikum elektrycznym w krakowskiej Nowej Hucie.

Marek Chlanda: – W „Szkole utopii” odbywały się lekcje, co okazało się trudne logistycznie. Trwały o wiele dłużej niż 45 minut, nie dlatego, że nie było dzwonków. Wymusiła to organizacja przestrzeni i możliwość przenoszenia się z sali do sali.

Działalność artystyczna to nie tylko sprawy prezentacyjne, wystawowe, komunikacyjne – bo przecież twórcy i ich dzieła wchodzą w obieg społeczny. Ważniejsza dla mnie jest praca badawcza, niezależna od kontekstu. Praca nad sobą, na własne zamówienie, niczym nieograniczona. Okoliczności, które sobie sami stwarzamy, są dla sztuki najistotniejsze, znajdują się poza życiem artystycznym. Ale bywa, że na styku da się coś odnaleźć. Czymś takim była właśnie „Szkoła utopii”. Oczywiście scenariusz natychmiast się wywrócił. To była praca dzień w dzień, bez zainteresowania efektem końcowym. Bardzo ważne jest dla mnie to, żeby na wszystko dać sobie czas, uniknąć formatowania. Dochodzić do najlepszego jakościowo rezultatu, nie spiesząc się.

Dzisiaj to trudne, wszyscy myślą w kategoriach projektów.

– A ja jestem antyprojektowcem. Życie w formatach byłoby dla mnie katorgą. Punktem odniesienia pozostaję ja i moja głupota.

To, co robię, nie jest niezbędne do egzystencji. To luksus, ale sprzyjający higienie, nie wyobrażam sobie innego funkcjonowania w świecie. Nie muszę się otaczać zabawkami, wiele lat temu pozbyłem się telefonu i samochodu. Mam dużo czasu na studiowanie. Cały czas myślę, przyglądam się osobom, sytuacjom.

Życie zewnętrzne, rzeźba II , 2008, wł. Marek Chlanda i Galeria Starmach, KrakówŻycie zewnętrzne, rzeźba II , 2008, wł. Marek Chlanda i Galeria Starmach, Kraków Marek Gardulski

Czy rezydencja artystyczna w nowohuckiej szkole była powrotem do przeszłości?

– Oczywiście istnieje coś takiego jak pamięć ciała, ale to nie było brane przeze mnie pod uwagę jako problem do rozwiązania. Pytanie, czy pracujemy nad formą naszego życia i czy możemy robić ciągłe poprawki i korekty. Sztuka to zapewnia. Daje rodzaj alibi. Możemy uznać, jak to zrobiłem w „Szkole utopii”, że jestem i uczniem, i nauczycielem, że wchodzę w rodzaj współzawodnictwa między jedną rolą a drugą. Przez dwa lata, dzień w dzień, zajmowałem się oddzielaniem znaczących myśli od głupich. Miewałem też gości i najczęściej były to długie, wielogodzinne wizyty, bo „Szkoła utopii” nie była przecież wystawą. Kontekst przestrzenny i temat szkoły wymuszał jakość rozmów, które nie były zdawkowe.

A jak pan wspomina szkolne czasy?

– Jako nijakie. Szkoła była dla mnie katorgą. Nudziłem się strasznie. To szkoła nauczyła mnie cwaniactwa, lawirowania. Bo młody człowiek musi być posłuszny, a ja nie byłem buntownikiem. Przyjmowałem konieczność z respektem: tak musimy funkcjonować. Ponieważ trzeba było przyjąć rzeczywistość na klatę i chodzić do szkoły, więc chodziłem. Programem nauczania w ogóle nie byłem zainteresowany, żadnym przedmiotem. Przez cały proces dydaktyczny przeszedłem suchą stopą. A kiedy kończyłem lekcje i zaczynała się szkoła muzyczna, tam interesowało mnie wszystko.

Na czym pan grał?

– Na pianinie. Zabrakło mi talentu. Uświadomiłem sobie, i było to traumatyczne zdarzenie, że nie jestem zdolny. Dlatego przerzuciłem się na sztuki plastyczne, w których talent nie jest potrzebny, wystarczy rzemiosło.

W świecie sztuki też jest pan posłuszny, ale jednocześnie nie daje się pan wpisać w żadne nurty.

– Może hasło „retrospektywa” jest wobec tej wystawy adekwatne, ale wątpię. Ja po prostu niczym innym się w życiu nie zajmuję i dlatego przez 40 lat zrobiłem bardzo dużo prac. Nigdy nie pracowałem na etacie.

Luksus!

– Tak. Jedynym problemem jest doprowadzenie ciała do przyjmowania ryzyka. A osłabianiu tego ryzyka służy uczestnictwo w życiu artystycznym. Trzeba dać się poznać, żeby doprowadzić do minimum związków sojuszniczych między artystą i instytucjami. Ja miałem do tego szczęście. Co by było, gdybym z takim temperamentem i takim nastawieniem do życia jednak nie mógł być artystą, bo ludzie od władzy sądzenia w sztuce – kuratorzy, muzealnicy, krytycy – nigdy by nie zwrócili na mnie uwagi?

Niektórzy krytycy sztuki narzekają, że nie uprawia pan sztuki krytycznej, którą łatwiej jest opisać, sklasyfikować.

– To wynika z temperamentu, charakteru i dystansu do siebie i świata. Ja nie reaguję szybko, zawsze daję sobie czas. To, co ktoś inny zrobi przez miesiąc, mnie zajmuje dwa lata. To nie kwestia światopoglądu, ale ciała. Tak jestem skonstruowany.

W jednym z wywiadów powiedział pan: „afirmacja, a nie krytyka”.

– Zdecydowanie, krytyka ma krótkie nogi. Lepiej mówić światu „tak”. Nie zdarzyło mi się nigdy podniecić się jakąś sprawą zewnętrzną tak, by dać jej natychmiast odpór. Zresztą „sztuka krytyczna” to termin nieadekwatny, chodzi raczej o zaangażowanie. Wielu moich znajomych artystów ma nadzieję na zmianę, chce perswadować, pokazywać, uczulać. Gdybym ja miał takie ambicje, raczej bym uczulał w egzystencjalnym kierunku: żebyśmy byli uważni, więcej się do siebie uśmiechali, dawali sobie czas na rozpoznanie tego, co jest głupie, a co mądre.

To, że pracuje pan cyklami, tzw. rodzinami, też wynika z uważności.

– Oczywiście. Nie mam strzelistych myśli, każda kształtuje się z czasem. Lubię pracować w skupieniu, nie w rozproszeniu. Stać przed sprawą do rozwiązania i nie spieszyć się. Niektórzy przyjmują ten mój stosunek do rzeczywistości jako pomoc życiową, że można nie działać tak jak młodzi, w pośpiechu, szybko. Z uśmiechem przyjmuję gesty politowania, z którymi się stykam, gdy mówię, że nie mam telefonu komórkowego.

Marek Chlanda, Studium posłuszeństwaMarek Chlanda, Studium posłuszeństwa Materiały prasowe MS

Dlaczego sala do nauki historii została w „Szkole utopii” połączona z salą do religii?

– W naszym kręgu kulturowym w każdej klasie jest punkt centralny, tak zwana katedra, miejsce dla nauczyciela i tablicy. To miejsce ołtarzowe, jak w kościele. Jako chuligański uczeń mogłem myśleć od czapy, więc połączyłem sobie to miejsce centralne z pozycją wiernych, rolą kapłana i celebracją. Nie wierzę w sens historii. Jaki mamy w nią wgląd? Biografie budują śmieszne, przygodne rzeczy – i tak jest też z historią narodów. Dlatego w mojej szkole przewodnikiem po historii jest Wisła, upersonifikowana rzeka, której w płynięciu nikt nie pomaga, co najwyżej co jakiś czas przeszkadza.

W trakcie lekcji historii w „Szkole utopii” mówiłem uczniom, że nie ma wykładni. Każde zdarzenie, łącznie z kichnięciem, może być zwrotem historycznym. Młodzi natychmiast to podchwycili, wytworzyła się żywa więź. Nauczyciel z wielkim zaskoczeniem powiedział mi, że nigdy nie udało mu się znaleźć w uczniach takiego zapału i żaru wobec wydarzeń książkowych. Po prostu formatowanie to słaba metoda. Dojrzałe życie, jak wiadomo, nie polega na spędzaniu czasu w nieczynnej szkole na rozkminianiu historii pod kątem biografii uczniów. Ale ile można się wówczas dowiedzieć!

Wielokrotnie słyszałem o mojej działalności, że to marginesy marginesów. Dla mnie to jest centrala.

Siedzimy pod wizerunkami krowy, z cyklu „Uzdrowisko”.

– Byłem w uzdrowisku, zastanawiałem się nad procesem rekonwalescencji. Robiłem sobie na przykład głodówki, przyglądając się, jak wpływają na percepcję. Gdzieś zobaczyłem króciutki film o krowie idącej na rzeź. Nie widzę szczególnych dysproporcji między różnymi gatunkami zwierząt, absolutnie nie wierzę w centralną pozycję człowieka. Postanowiłem zdrowieć przy pomocy świętej krowy. Ten pasaż składa się z 260 obrazów, kończący się modlitwą cykl z krową jest tylko jego fragmentem.

W cyklu „Beatyfikacje” obok stygmatyczki Wandy Boniszewskiej uwiecznił pan Katarzynę Kobro.

– To moje pożegnanie z wiekiem XX. Mam prawo uświęcać każdego, nie potrzebuję niczyjej zgody, na tym polega licentia artistica.

Postanowiłem uświęcić osoby, które mnie kształtowały formacyjnie, jak Jerzy Grotowski. I Kobro. Mając szesnaście lat, urwałem się na wagary ze szkoły. Przyjechałem z Krakowa do Łodzi i w Muzeum Sztuki zobaczyłem rzeźby Kobro. To była miłość absolutna.

Porażające piękno, które cały czas wysyła dobrą energię. Największym prezentem od losu było to, że wiele lat później przygotowywałem swoją wystawę w sąsiedztwie ekspozycji o konstruktywizmie. Przez półtora miesiąca miałem tylko dla siebie salę rzeźb Kobro, mogłem być z tymi rzeźbami sam na sam w dzień i w nocy.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.