Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Chcesz dostawać mailem serwis z najważniejszymi informacjami z Łodzi? Zapisz się na nasz bezpłatny newsletter.

W piątek (8 listopada) w Muzeum Sztuki w Łodzi (ul. Gdańska 43) zostanie otwarta wystawa R.H. Quaytman. Nowojorska artystka wraca do Łodzi, skąd pochodził jej dziadek.

Rozmowa z Jarosławem Suchanem, dyrektorem Muzeum Sztuki w Łodzi i kuratorem wystawy „Słońce nie porusza się”.

Izabella Adamczewska: Podobno odkrył pan Rebekę Quaytman przypadkiem, w Nowym Jorku.

Jarosław Suchan: Prawie 20 lat temu fundacja Art in General zaprosiła mnie do projektu amerykańsko-środkowoeuropejskiej wymiany artystycznej i w ten sposób po raz pierwszy w życiu znalazłem się w Nowym Jorku. Oprowadzano nas po różnych pracowniach, mniej lub bardziej ciekawych, i w którejś z nich zaraz na wejściu wpadłem na obraz przedstawiający rzeźbę Katarzyny Kobro. Zaskoczenie było całkowite. Okazało się, że jest to pracownia artystki, która nazywa się Rebecca Quaytman. Wówczas to nazwisko nic mi nie mówiło, zachodziłem więc w głowę, skąd tutaj ta Kobro?

Dziadek artystki pochodził z Łodzi.

– Tak, od Rebeki dowiedziałem się, że jej dziadek Mark był łódzkim Żydem, który wraz z rodzicami wyemigrował do Nowego Jorku na początku XX wieku.

To była emigracja zarobkowa?

– Tak myślę, w tamtym czasie wielu Żydów i nie-Żydów z Europy Wschodniej wyjeżdżało do Stanów w nadziei na poprawę swojego bytu. Pod koniec lat 90. Quaytman postanowiła odbyć podróż w drugą stronę, do Łodzi. Przy tej okazji odwiedziła Muzeum Sztuki i tak właśnie natrafiła na Kobro i Strzemińskiego.

Był to dla niej okres niezwykle ważny artystycznie. Quaytman miała poczucie, że malarstwo, takie, jakie znaliśmy do tej pory, wyczerpało się. Mówiono o śmierci malarstwa, większość artystów z jej pokolenia uważała, że niczego nie da się już w tej dziedzinie osiągnąć. Ona jednak malarstwa nie chciała porzucać, choć równocześnie zdawała sobie sprawę, że trzeba do niego podejść w inny niż dotychczas sposób.

Spotkanie ze sztuką polskich awangardzistów pozwoliło jej ten sposób odnaleźć. Quaytman zaczęła układać swoje wystawy jako kolejne „rozdziały” niekończącej się księgi malarskich eksperymentów. Wystawa prezentowana teraz w Muzeum Sztuki to rozdział numer 35.

Jak tę metaforę księgi rozumieć? Jako księgę życia?

– Jedna z badaczek porównała ją do dziennika pokładowego, w którym odnotowuje się kurs statku, zmiany kierunku, postoje i inne podobne wydarzenia. Dla mnie to rodzaj diariusza zawierającego zapis intelektualnych i artystycznych doświadczeń związanych z odwiedzanymi miejscami, spotkanymi ludźmi, zobaczonymi dziełami czy przeczytanymi lekturami. W tym diariuszu wątki osobiste spotykają się z tym, co publiczne, a historia rodzinna przeplata się z powszechną historią malarstwa czy, szerzej, kultury wizualnej.

R.H. QuaytmanR.H. Quaytman Materiały prasowe Muzeum Sztuki w Łodzi

Jednym z prywatnych akcentów prac Quaytman jest obraz pociągu.

– To echo wypadku, w którym zginęli Mark Quaytman i jego teść, wracając z odbywających się w nowojorskim Queensie Targów Światowych. Ich samochód został wówczas zmiażdżony przez nadjeżdżający pociąg. Historia ta powróciła do artystki, gdy okazało się, że muzeum, które zaproponowało jej wystawę, jest położone właśnie na terenie, na którym parę dekad wcześniej te targi się odbywały.

Quaytman nie odniosła się do tego faktu wprost, ale sięgnęła po zdjęcia, które wykonała podczas kolejowej podróży do Łodzi śladami Marka Quaytmana. Powstała wówczas cała seria obrazów z motywem wagonu kolejowego, który w metaforyczny sposób połączył pamięć o dziadku artystki z historią miejsca aktualnej wystawy. Na tym przykładzie widać, jak mocno „rozdziały” inspirowane są specyfiką kolejnych miejsc, w których Rebece przychodzi pracować.

Jaki wpływ ma Łódź na 35. rozdział księgi Quaytman?

– Fundamentalny. W tym rozdziale Quaytman powraca do początków księgi, a te, jak już wspominałem, ściśle są związane z łódzką przeszłością jej rodziny, a także z poznaną w Łodzi twórczością Kobro i Strzemińskiego. Pierwsze trzy rozdziały w dużej mierze zostały oparte na materiale, który artystka zgromadziła, odwiedzając Łódź. To miasto nie jest zatem zaledwie jednym z przystanków na twórczej drodze artystki, ale miejscem, które w znacznej mierze ją określiło. Rozdział 35 to próba podsumowania i trudno sobie wyobrazić, by mogła się ona odbyć gdzie indziej.

Jaka jest proporcja prac starych do nowych?

– Prawie 2:1. Quaytman wykonała ponad 30 obrazów specjalnie z myślą o wystawie w Muzeum Sztuki. Oprócz nich pojawiają się starannie wybrane dzieła z rozdziałów poprzednich. Jest to więc retrospektywa, przy czym nie chodzi tylko o obecność starszych obrazów, ale także powtórne sięgnięcie do już wcześniej eksploatowanych motywów. Wśród nich pojawiają się liczne nawiązania do „Kompozycji przestrzennej nr 2” Kobro, a także do unistycznego malarstwa Strzemińskiego i jego wojennych rysunków. Pojawia się też odniesienie do tajemniczego „Angelusa Novusa” Paula Klee, dzieła, które stało się inspiracją słynnego eseju Waltera Benjamina o Aniele Historii. Quaytman zaczęła studiować to dzieło podczas przygotowań do swojej wystawy w Tel Awiwie i przy tej okazji dokonała niezwykle ciekawego odkrycia. Odkryła, że zostało ono naklejone na podkładzie z innej pracy, XIX-wiecznej odbitce grafiki Lucasa Cranacha przedstawiającej Marcina Lutra. W ten sposób do znaczeń, które narosły wokół Anioła, Klee dodała kolejne sensy, bardzo jego wymowę komplikując, zważywszy chociażby na fakt, że Luter pod koniec swojego życia głosił dość antysemickie poglądy...

Fot. Materiały prasowe Muzeum Sztuki w Łodzi

Dlaczego Quaytman wybrała malarstwo?

– Sądzę, że był to wyraz sprzeciwu wobec współczesnej kultury wizualnej, która jest całkowicie zdominowana przez cyfrowe obrazy. Ponieważ te obrazy pozbawione są materialności, nie przynależą do żadnego konkretnego miejsca i swobodnie przemieszczają się w wirtualnej przestrzeni, to w zasadzie są dla nas „niewidoczne”. W tym sensie, że skupiamy się tylko na tym, co przedstawiają, nie na nich samych. W ten sposób umyka nam fakt, że są one pewnego rodzaju narzędziami, za pomocą których steruje się naszymi emocjami, pragnieniami czy poglądami na świat. Uwypuklając materialność, fizyczność, przestrzenność obrazu, Quaytman chce zwrócić naszą uwagę na to, że między nami a rzeczywistością przedstawioną jest coś jeszcze, i że to coś tę rzeczywistość odpowiednio profiluje.

Quaytman zatytułowała 35. rozdział „Słońce nie porusza się”.

– Tytuły rozdziałów Quaytman są często bardzo poetyckie i zapewne ma to pewien związek z faktem, że jej matką jest Susan Howe, jedna z najważniejszych współczesnych poetek amerykańskich.

W ogóle ujęcie twórczości jako księgi, wystaw jako rozdziałów, a obrazów jako pojedynczych słów, za pomocą których można budować coraz to nowe zdania, wskazuje na silne umocowanie artystycznej koncepcji Quaytman w języku i kulturze literackiej.

„Słońce nie porusza się” nawiązuje do tytułu pierwszego rozdziału, „The Sun”. Tak się nazywała gazeta, w której Quaytman znalazła wzmiankę o wypadku dziadka. Ponadto „sun” brzmi po angielsku jak „son”, czyli „syn”, a kiedy Quaytman pracowała nad pierwszym rozdziałem, jej ojciec, czyli syn Marka, był w stanie terminalnym. Rozdział ten był zatem również jemu dedykowany.

Jest jednak jeszcze jedna warstwa znaczeniowa, którą Rebeka ukryła za tym tytułem. Wiąże się ona z rozczarowaniem biorącym się z poczucia, że zagrożenia, które można było uważać za minione, wcale nie są przeszłością. Słońce się nie ruszyło, wciąż jesteśmy w tym samym miejscu, z tymi samymi lękami.

Rozmawiała: Izabella Adamczewska

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.