Na leczenie w Stanach Wojtusia ze Zgierza potrzebne są 4 mln zł. Na leczenie Wojtusia z Galewic - aż 9. Na Jagódkę z Łodzi "tylko" kilkaset tysięcy. W każdym z tych przypadków jest jednak ten sam problem - koronawirus, który utrudnia zbiórkę.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Koronawirus w Polsce. Zapisz się na specjalny newsletter, w którym zawsze znajdziesz sprawdzone informacje

"Nasza córka cierpi. Ból jest nie do zniesienia! Do tego obecna, ciężka dla nas wszystkich sytuacja na świecie. Nakaz pozostania w domu, niepewna sytuacja gospodarcza, ludzie tracą pracę, tracą nadzieję i w tym wszystkim my wyciągający rękę o pomoc... Ale nie mamy innego wyjścia, kochamy córkę nad życie, nie możemy pozwolić jej tak cierpieć!" - pisze na Facebooku Agata Lange, mama siedmioletniej Jagody. - "Dziś nie możemy organizować festynów, zbiórek charytatywnych w miejscach publicznych, szkołach. Pozostaje nam internet i wiara w dobrych ludzi, którzy zechcą wesprzeć nas symboliczną złotówką".

ZOBACZ TAKŻE: "Odejdziemy. Nie będzie miał was kto leczyć". Pielęgniarki upokorzone zasadami pracy w czasie koronawirusa

W podobnej sytuacji jest wielu chorych, którzy na leczenie zbierają pieniądze na portalach crowdfundingowych i w czasie charytatywnych akcji. 

Dziewięć milionów w pięć miesięcy

Boleśnie przekonuje się o tym małżeństwo Howisów. W ich domu w Galewicach w powiecie wieruszowskim słychać dźwięk respiratora. Podłączony jest pod niego 16-miesięczny Wojtuś, cierpiący na rdzeniowy zanik mięśni (SMA) w najcięższej postaci.

- Podczas ciąży nic nie wskazywało na to, że Wojtuś jest chory. Problemy zaczęły się jednak podczas porodu. Synek utknął w kanale rodnym. Ja straciłam przytomność. Oboje cudem przeżyliśmy

- wspomina Iza Howis, mama. Chłopiec urodził się siny, lewą rączką nie poruszał, nóżkami - ledwo. Lekarze zapewniali, że po rehabilitacji to przejdzie. Nie przeszło. 

Kolejne miesiące to niekończące się pobyty w szpitalu, często na OIOM-ie. Podczas ostatniego, w styczniu 2020 roku, Wojtuś miał zrobioną tracheostomię i gastrostomię. Dziś z tego powodu nie mówi, choć zaczynał już gaworzyć. Rozumie coraz więcej. I złości się, że nie może podnieść główki ani bawić się swobodnie ze swoim 4-letnim bratem. A ten z niecierpliwością czeka, aż chłopiec wyzdrowieje. - Często pyta, kiedy Wojtek dostanie lek, zostanie odłączony od wszystkich rurek i pogra z nim w piłkę. Dla mnie, jako matki, te pytania są ciosem w serce, bo nie znam na nie odpowiedzi - przyznaje Iza Howis.

Cała rodzina Howisów. Wojtusia trzyma w ramionach mama
Cała rodzina Howisów. Wojtusia trzyma w ramionach mama  Fot. Archiwum prywatne rodziny Howisów

Rodzice chłopca starają się o nowatorską terapię genową w Stanach Zjednoczonych. W jej ramach jednokrotnie podaje się lek, który ma zadziałać na uszkodzony gen i powstrzymać SMA. Mówi się o nim jako o "najdroższym leku świata" - kosztuje ponad 2 mln dolarów. Dlatego w lutym ruszyła internetowa zbiórka.

Koronawirus pokrzyżował plany

Początek był bardzo dobry - w walkę o życie chłopca zaangażowała się cała lokalna społeczność. Organizowano koncerty, akcje charytatywne, licytacje. Plany były jeszcze większe, ale zatrzymał je koronawirus.

- Teraz tak naprawdę wszystko musiało się przenieść do internetu. Zbiórka zwolniła, to nie ulega wątpliwości - mówi Iza Howis. Ale podkreśla: - Nadal jednak wiele osób nam pomaga. Niektórzy szyją maseczki i sprzedają je dla Wojtusia. Zaangażowali się też artyści, którzy codziennie o 19 śpiewają Wojtusiowi kołysanki ze słowami otuchy: zespół Pectus, Mateusz Damięcki, Ania Guzik.

To wszystko jednak wciąż mało. Od początku lutego zostało zebrano około 3,5 mln zł. Wciąż brakuje ponad 6 mln do celu. A zegar tyka - zbiórka trwa do końca czerwca, a lek, aby zadziałał, trzeba podać Wojtusiowi, zanim skończy 2 lata i przekroczy wagę 16 kg. Do tego chłopcu brakuje 6 miesięcy i 4 kg.

Wesprzyj Wojtusia Howisa i jego rodzinę w walce o życie chłopca. Wpłać datek na zbiórkę.

ZOBACZ TAKŻE: "Wiele osób traktuje nas jak trędowatych". Pielęgniarka i lekarz o pracy w czasie koronawirusa

 To bardzo trudny czas na takie zbiórki

- To jest bardzo trudny czas na takie zbiórki - przyznaje dr Michał Sobczak z Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego Uniwersytetu Łódzkiego. - Ludzie martwią się o własną sytuację materialną. Niepewni czy nie stracą pracy, czy będą w stanie utrzymać swoje życie na dotychczasowym poziomie, są mniej chętni, niż wcześniej, do dobroczynności. A jeśli już się zdecydują, to chcą pomagać tym, którzy są najbardziej realni. A najbliższy nam wszystkim problem to koronawirus. Piękne akcje pomocowe - szycie maseczek, zbiórka na sprzęt dla medyków, jedzenie dla szpitali - to są teraz nasze cele. 

Dr Sobczak ma jeszcze jedno wytłumaczenie dla kiepskich efektów zbiórek: - Jesteśmy realistami, wiemy, że granice są zamknięte i turystyka zdrowotna też jest aktualnie mało prawdopodobna. Dlatego takie zbiórki mogły, z krzywdą dla potrzebujących, stracić w oczach potencjalnych darczyńców na wiarygodności. 

Operacja nie wiadomo kiedy, zbiórka stoi w miejscu

ZOBACZ TAKŻE: Łódzka lekarka w czasie epidemii koronawirusa: "Zabili we mnie Judyma. Gdybym miała 10 lat mniej, już by mnie tu nie było"

Jagódka - ta, której mama napisała rozdzierający apel na Facebooku, cierpi na porażenie mózgowe i porusza się na wózku inwalidzkim. Jej biodro, wyniku nieprawidłowego ułożenia ciała, jest zwichnięte. - Nie pomaga rehabilitacja ani środki przeciwbólowe - mówi Agata Lange.

- Jagoda cierpi przy myciu, w nocy i gdy sadzamy ją na wózku. Płacze. Mówi: Mamo, ja już nie wytrzymam z bólu. 

Na refundowaną operację trzeba czekać w kolejce nawet trzy lata. Ale zabiegu podjął się amerykański ortopeda, dr David Feldman. Tyle, że taka operacja odbywa się na koszt pacjenta. Potrzeba było ponad 360 tysięcy złotych. - Zaplanowaliśmy zbiórki internetowe, kiermasze, koncerty. Byliśmy dobrej myśli - mówi mama Jagody. 

I przyszedł koronawirus. - Operacja miała być w maju i wiemy na pewno, że zostanie przełożona. Imprez nie możemy organizować, a zbiórka internetowa stanęła - mówi Agata Lange. - Niestety, cierpienie mojego dziecka nie ustało. Codziennie patrzę, jak Jagódka próbuje dzielnie walczyć z bólem. Nie mogę znieść jej łez. 

Jeśli chcesz wesprzeć Jagodę Bujak w walce o sprawność, kliknij w link. 

"Ludzie z dobie kryzysu się jednoczą, głęboko wierzę i ufam, że i nad cierpieniem naszej córeczki się pochylą. Dlatego z całego serca proszę Państwa o pomoc!!!" - napisała mama dziewczynki. 

Problemy na każdym etapie. Przed koronawirusa

Rodzice dwuletniego Wojtusia ze Zgierza, cierpiącego na skomplikowaną wadę serca, na leczenie syna muszą uzbierać 4 miliony złotych. - Dziwnie się żyje ze świadomością, że nasze dziecko umrze wcześniej niż my. Ale nadal jest nadzieja - mówiła Justyna Sadowska, mama chłopca, w rozmowie z "Wyborczą" dwa tygodnie temu. 

Wojtusiowi dał ją dr Frank Hanley z Lucile Packard Children's Hospital w Stanford w USA, który chce się podjąć operowania serca chłopca. Na to jednak potrzeba było 3 mln zł.

- Nie trafiliśmy w dobry czas. Przez koronawirusa nie mogliśmy nigdzie się przebić z naszą zbiórką, firmy, celebryci, media nie odpowiadały na nasze apele. Nie mogliśmy urządzić żadnego koncertu, akcji, roznosić ulotek. Początkowo myślałam, że nie zgromadzimy tych pieniędzy. Dopiero kiedy nasz apel dotarł do stron i osób na Facebooku, które promują takie działania, coś się ruszyło - mówi Justyna Sadowska.

Po półtora miesiąca udało się zebrać potrzebną kwotę. W ostatnich dniach wzrosła ona o 300 tys., bo kurs dolara poszybował - znów - z powodu koronawirusa. Rodzice Wojtka wysłali wprawdzie przygotowanego od miesięcy maila do szpitala w Stanford z informacją, że udało się zebrać pieniądze na operację i prośbą o wyznaczenie jak najwcześniejszego terminu, ale chwilę wcześniej spadła na nich kolejna zła wiadomość - zbiórka musi trwać dalej. Ponownie przez pandemię koronawirusa.

ZOBACZ TAKŻE: Koronawirus. Protest tatuażystów: W czym jesteśmy gorsi od kosmetyczek?

- Okazało się, że przez koronawirusa nie jesteśmy w stanie zorganizować przelotu rejsowego z asystą medyczną. Potrzebny jest transport medyczny, a to znów kosztuje. Do niedawna to było około 500 tys. złotych, dziś to ponad 900 tys. - mówi mama Wojtusia. Cena transportu medycznego wzrosła tak przez pandemię. Na zebranie dodatkowego miliona rodzina ma zaledwie 14 dni.

Jeśli chcesz wesprzeć Wojtusia Sadowskiego w walce o życie, kliknij w link. 

Wybieramy pomoc, która pozwala wpłynąć na opanowanie pandemii

Dr hab. Katarzyna Walęcka-Matyja z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Łódzkiego tłumaczy: - W sytuacji wyjątkowej, w jakiej się teraz znajdujemy, mogą wystąpić u ludzi dwa rodzaje reakcji. Jeśli osoba postrzega ją jako wyzwanie, będzie z dużą pewnością podejmować działania prospołeczne na rzecz innych osób. Jeśli jednak jej reakcja na stres będzie związana z pojawieniem się wysokiego poziomu lęku, to będzie się raczej skłonna wycofywać z interakcji ze światem społecznym, w tym ze wspierania innych, w myśl zasady, że musi chronić siebie i swoich najbliższych.

Jak dodaje, osoby, który przyjmują aktywną postawę, niekoniecznie muszą chcieć w tym czasie wspierać zbiórki osób prywatnych. - One są obecne w naszej przestrzeni publicznej od długiego czasu. Można powiedzieć, że przyzwyczailiśmy się do tego, że stale są osoby potrzebujące, dlatego dziś chętniej szyjemy maseczki czy wpłacamy pieniądze na szpitale, bo to jest związane z sytuacją o priorytetowym dla nas znaczeniu, w którym aktualnie wszyscy uczestniczymy, czyli pandemią koronawirusa - wyjaśnia.

ZOBACZ TAKŻE: Ratownik medyczny: Koronawirus ludzi mniej dobija niż strach i samotność

Według dr hab. Katarzyny Walęckiej-Matyi powód, dla którego chętniej wspieramy dziś szpitale niż prywatne osoby, może być jeszcze jeden. - Naturalny, codzienny rytm aktywności zmienił swój tor, myślimy więc, jak wykorzystać naszą energię w inny sposób, np. prospołeczny. Wybieramy sposoby, które dają nam poczucie, że mamy realny wpływ na opanowanie pandemii, a tym samym na nas, bo dzięki nim szybciej powrócimy do stosunkowo normalnego trybu życia.

Koronawirus w Łódzkiem z podziałem na powiaty

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Mikołaj Chrzan poleca
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Jakby tak zabrać klechom finansowanie można by wyleczyć wiele dzieci, i zrobić wiele pożytecznych rzeczy,
    już oceniałe(a)ś
    16
    0
    Trzeba znacjonalizować majątek Kościoła katolickiego i przeznaczyć wszystko na chore dzieci. To jedyne sensowne rozwiązanie. Księża z zakonnicami powinni trafić do ośrodków reedukacyjnych, przygotowujących do normalnego życia.
    @Pawel Bienkowski
    Zakonnice i zakonników zostawiłabym w spokoju, są ludzie, którzy potrzebują klasztornego życia i nie ma co uszczęśliwiać ich na siłę tak jak oni na siłę od wieków "uszczęśliwiają" nas. Pomogłabym co najwyżej zorganizować miejsca pracy, by mogły i mogli uczciwie zarabiać na siebie.
    już oceniałe(a)ś
    3
    0
    "Na refundowaną operację trzeba czekać w kolejce nawet trzy lata." Jak żyć, pośle Zbafco, którego kolano zreperowano w publicznym ośrodku poza kolejką? Jak żyć?
    już oceniałe(a)ś
    4
    0