Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Koronawirus w Polsce. Zapisz się na specjalny newsletter, w którym zawsze znajdziesz sprawdzone informacje

W domu dziecka dla dzieci chorych, prowadzonym przez Fundację Domu w Łodzi, mieszka dziewięcioro dzieci, które życie skrzywdziło bardziej, niż można sobie wyobrazić.

- A my próbujemy ze wszystkich sił odwrócić los. Z każdego dnia wycisnąć dla dzieci tyle szczęścia, ile to możliwe - mówi Marta Libiszowska, która w "Domu w Łodzi" była wolontariuszką, teraz zajmuje się PR i zdobywaniem funduszy. - Utrzymanie naszego domu to nie tylko zapewnienie dzieciom opieki, wyżywienia i ubrania. My się musimy mierzyć z bagażem ich chorób, ograniczeń i marzeń, które mają prawo realizować, jak wszyscy. O tym, jakie to trudne, przekonujemy się szczególnie w czasie epidemii koronawirusa. 

ZOBACZ TAKŻE: Lekarz, przeciwnik szczepień, z dwuletnim zakazem leczenia. "Takiego wyroku jeszcze w Polsce nie było"

Emilka się przestraszyła - wszyscy świętowali

Mela miała tak słabe serce, że nawet jedzenie było ponad jej siły. Nie potrafiła płakać. Pierwsze miesiące życia spędziła podłączona do kroplówek - od zabiegu do zabiegu. Pod salą operacyjną nikt na nią nie czekał. Rodzice nie chcieli tak chorego dziecka. Dlatego Mela mieszka w "Domu w Łodzi" - jedynym domu, jaki zna. Ma półtora roku i niedawno dopiero zaczęła siadać. Wciąż karmiona jest przez sondę. Pije wyłącznie specjalne mleko wzmacniające. Potrzebuje wielu godzin rehabilitacji - ma po kilka zabiegów dziennie. Opiekunowie mają nadzieję, że może zacznie w końcu samodzielnie jeść.

Emilka urodziła się kilkanaście miesięcy temu.  Miała szeroko rozstawione oczy, małe uszy, brak bruzdy nad górną wargą - pełnoobjawowy FAS, czyli zespół poalkoholowy. Nie potrafiła skoordynować ssania z połykaniem, więc żywiono ją przez sondę. Nie miała odruchu chwytania ani odruchu Moro (charakterystyczne drgnięcie z odrzuconymi do tyłu rączkami - tak reagują zdrowe maluchy).

- Kiedy skończyła rok i drgnęła przestraszona, świętowaliśmy! Bo to oznaczało, że jej układ nerwowy się rozwija -

mówi Marta Libiszowska-Jóźwiak. 

Z Bartusiem było wiele powodów do świętowania. Gdy do "Domu w Łodzi" trafił jako dwulatek, był dzieckiem leżącym. Lekarze mówili: "roślinka". I jeszcze, że nigdy sam nie usiądzie. A on - dzięki tysiącom godzin rehabilitacji, z asekuracją, wchodzi po schodkach. Przed pandemią koronawirusa codziennie był wożony do przedszkola. Ma balkonik i jest zachwycony, jeśli coś może zrobić sam. Ma siedem lat i nie mówi, choć rozumie. - Pracujemy nad komunikacją alternatywną, bo bardzo się złości i płacze, gdy nie może wyrazić swoich potrzeb - tłumaczy Libiszowska-Jóźwiak. 

W "Domu w Łodzi" dużą wagę przykłada się do spełniania marzeń chorych dzieci. Gdy mała Juleczka, która jeździ na wózku, zapragnęła tańczyć, opiekunowie znaleźli dla niej trenera, a nawet zorganizowali zajęcia dla całej grupy dzieci na wózkach. Kiedy duża Julia - która m.in. karmiona była dojelitowo i nie mówiła, zamarzyła o robieniu zdjęć, w "Domu w Łodzi" powstał projekt, dzięki któremu mogła pod okiem specjalistów fotografować i zwiedzać najciekawsze zakątki w Łodzi.

- Chcemy, żeby dzieci były szczęśliwe 

- mówią opiekunowie. 

ZOBACZ TAKŻE: Koronawirus. Ratownik znalazł za wycieraczką list. "Nazwali mnie roznosicielem HIV. I kazali wyp...lać z Łowicza"

Koronawirus dopadł też sponsorów

W "Domu w Łodzi" pracuje kilkanaście osób - to wychowawcy, pielęgniarki, logopeda, psycholog, fizjoterapeuta, pracownik socjalny. Oprócz tego bardzo pomagają wolontariusze. Podopieczni potrzebują specjalistycznego sprzętu medycznego i zabiegów oraz całodobowej opieki pielęgniarskiej. To potężne wyzwanie finansowe.

- Na naszą działalność mamy dotację z łódzkiego magistratu, pomagają darczyńcy i bardzo wspierają nas pieniądze z 1 procentu.

Dopiero połączenie wielu źródeł pozwala funkcjonować. Bo nasze dzieci, oprócz jedzenia czy ubrań, potrzebują wielogodzinnych zajęć specjalistycznych, dzięki którym ich stan się poprawia, albo przynajmniej nie pogarsza. To ogromne koszty

- mówi Marta Libiszowska-Jóżwiak. I przyznaje, że przez epidemię koronawirusa sytuacja finansowa placówki znacząco się pogorszyła. - W planach mieliśmy zbiórki i imprezy, których z powodu pandemii nie możemy prowadzić - mówi. - Wspierało nas wiele firm, które teraz z pomocy się wycofują, ponieważ koronawirus znacząco pogorszył ich sytuację finansową. Dlatego przy każdej możliwej okazji apelujemy o pomoc. Dla dobra naszych dzieci. 

Na stronie www.domwlodzi.org jest stworzona lista najpilniejszych potrzeb. Osoby, które chciałyby wesprzeć dzieci, mogą też wziąć udział w urodzinowej zbiórce.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.