Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Chcesz dostawać e-mailem serwis z najważniejszymi informacjami z Łodzi? Zapisz się na nasz bezpłatny newsletter.

Czy można się było spodziewać, że na Białorusi po wyborach prezydenckich dojdzie do aktów przemocy ze strony władzy?

Prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski, Katedra Teorii Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa Uniwersytetu Łódzkiego: Niestety tak. I można się spodziewać, że będzie jeszcze gorzej. Aleksander Łukaszenka ma na swoim koncie zbrodnie także z poprzednich lat i jest jasne, że nie może ustąpić, bo w każdym systemie demokratycznym musiałby ponieść za nie odpowiedzialność. Na dodatek gra nie tylko o własną pozycję polityczną i majątek, ale po prostu o życie. Przy niezbyt dobrych relacjach z Rosją i przede wszystkich z Władimirem Putinem na wielkie łaskawości liczyć nie może. Osobiste ryzyko jest dla Łukaszenki wyższe niż jakiekolwiek inne i żeby go uniknąć, odwoła się on do wszystkich środków, jakie pozostają w jego dyspozycji.

Dlaczego akurat teraz doszło wśród Białorusinów do buntu?

- Przyczyn jest wiele. Naród jest zmęczony dyktaturą trwającą od 1994 r. Tylko w 2019 r. 17 mln razy Białorusini przekroczyli granicę z Polską, a zatem istotny procent białoruskiego społeczeństwa zobaczył inny niż postsowiecki świat - a przecież proces trwa od wielu lat.

Do tego doszła fatalna reakcja ze strony Łukaszenki na epidemię koronawirusa, lekceważąca wręcz bezpieczeństwo obywateli.

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że znaczenie miał też czynnik romantyczno-moralny - pogrzeb polskich i białoruskich bohaterów narodowych, przywódców powstania styczniowego, Wincentego Konstantego Kalinowskiego i Zygmunta Sierakowskiego w Wilnie w listopadzie 2019 r., na który przybyło kilkadziesiąt tysięcy Białorusinów. Kalinowski swoje ostatnie pismo zatytułował "List spod moskiewskiej szubienicy", w którym pisał, że nie będzie na Białorusi dobrze, póki jak to ujął „będą tam rządzić Moskale”. Trudno o bardziej wyrazisty przekaz.

Ogromna bezczelność, z jaką sfałszowano wybory, przelała czarę goryczy. Gdyby to fałszerstwo miało jakieś cechy prawdopodobieństwa, byłoby je łatwiej znieść. To tak jakby powiedzieć ludziom: "Mamy was za nic". Władza potraktowała obywateli w sposób absolutnie upokarzający.

To najważniejszy zryw wśród Białorusinów od 26 lat?

- Nie od 26 lat, ale w ogóle. Poprzednim samodzielnym aktem narodu białoruskiego było powstanie słuckie z 1920 r., będące epilogiem wojny polsko-bolszewickiej. Pozostałe zrywy były zwykle u boku Polski – jak np. powstanie styczniowe. Tym razem to ruch bez wątpienia białoruski, bez względu na możliwą rosyjską grę operacyjną u jego zarania. Nie można mu wiarygodnie zarzucić, że jest kierowany przez kogoś innego, jak czyni to propaganda Łukaszenki czy Moskwa.

Czy może to być koniec reżimu Aleksandra Łukaszenki?

- Nie ma w tej chwili niestety potencjału na zwycięstwo. Skuteczna rewolucja demokratyczna na Białorusi i w każdym innym kraju, uznawanym w rosyjskiej ideologii imperialnej za część "rosyjskiego ładu", byłaby odbierana jako zagrożenie dla wewnętrznej stabilności reżimu putinowskiego. Obecnie dynamika protestów wobec brutalności władz słabnie. Gdyby jednak trend ten się odwrócił, a służby Łukaszenki się załamały, co byłoby prawdopodobne w razie narastania protestów, bo strzelanie do własnych rodaków to przeciążenie psychiczne, które nieliczni są w stanie znieść, zainterweniują służby rosyjskie. Białoruś nie ma dziś sił, żeby się temu przeciwstawić. Demokracja w sąsiedztwie Rosji wymaga osłony wojskowej. Jeśli jej nie ma, jest rozbijana. Widzieliśmy to na przykładzie gruzińskim i ukraińskim, i podobnie będzie teraz.

Jakie scenariusze mają wobec tego przed sobą Białorusini?

- Krótkoterminowo - niestety - dramatyczne. Ale w szerszej perspektywie nastąpiła zmiana mentalna, która jest nieodwracalna. Można by ją odwrócić jedynie represjami na skalę stalinowską, musiałoby zginąć setki czy dziesiątki tysięcy ludzi, a do takiej tragedii, jak myślę, nie dojdzie. W związku z tym Łukaszenka utracił mandat do rządzenia, nie tylko w sensie moralnym, ale i praktycznym.

A jeśli wda się w to Rosja, wykopie w ten sposób przepaść między Rosjanami i Białorusinami, co tych drugich zwróci ku Zachodowi. Rosja jest sama w słabej kondycji, również pod względem gospodarczym, i ten kryzys będzie się pogłębiał. Jeśli więc tam w którymś momencie dojdzie do tąpnięcia, jeśli jej wewnętrzne problemy doprowadzą do impotencji politycznej wobec Białorusi, to będzie dla Białorusinów czas na ucieczkę. Jeśli to wykorzystają, a kraj zostanie szybko objęty zachodnimi strukturami bezpieczeństwa, to sprawa rozstrzygnie się dla Białorusi zwycięsko. Choć więc teraz wizja jest raczej pesymistyczna, to ostateczne zwycięstwo będzie należało do Białorusinów. Trzeba tylko pamiętać, że jak mówił Piłsudski, niepodległość nie kosztuje dwóch groszy i dwóch kropli krwi.

Jak powinna się w obecnej sytuacji zachować Unia Europejska?

- Powinna wysłać wiarygodne sygnały do Rosji, że ewentualna interwencja zbrojna będzie dla niej bardzo kosztowna, a będące jej skutkiem nieuchronne sankcje, będą bolesne i długotrwałe, co zagrozi stabilności reżimu samego Putina. Trzeba pamiętać, że jedynym celem grupy trzymającej władzę na Kremlu jest pozostanie przy władzy, jeśli więc wchodzący w jej skład decydenci dojrzą w scenariuszu interwencji taki, który zagraża ich władzy, to od niego odstąpią. Obawiam się jednak, że takich sygnałów ze strony UE nie będzie.

A jak będzie?

- Myślę, że szczytu UE nie będzie. Pamiętajmy, że w 2008 r., kiedy mimo drastyczniejszych wydarzeń, bo zbrojnego rosyjskiego uderzenia na Gruzję, nadzwyczajny szczyt UE został zwołany dopiero na wrzesień. Podobnie, kiedy w 2009 r. wybuchły zamieszki w Kiszyniowie w Mołdawii, co doprowadziło do podpalenia budynków tamtejszego parlamentu i proszono, żeby przyjechał tam wysoki urzędnik unijny, nie stało się to, bo akurat była Wielkanoc. Wysocy urzędnicy europejscy bardzo cenią sobie wartości europejskie, ale jeszcze bardziej cenią urlopy. A szkoda, bo wprawdzie nie po to była tworzona Unia, żeby zapobiegać kryzysom politycznym, ale ma gospodarcze narzędzia presji i mogłaby ich użyć.

Na razie pod wpływem Polski UE wydała deklarację. Potępiła w niej przemoc i wezwała do dialogu, ale nie zawarła w niej żadnych wiarygodnych ostrzeżeń, które mogłyby wpłynąć na bieg wydarzeń. Unia nie jest poważana przez reżimy w Moskwie ani w Mińsku – w zmilitaryzowanym – postsowieckim obrazie świata podmiot niedysponujący siłą zbrojną nie jest wart, by z nim poważnie rozmawiać. Póki zatem UE nie udowodni swej skuteczności działaniem, jej deklaracje będą tam lekceważone. Niestety w ocenie realnych możliwości Unii oddziaływania na obecny kryzys Putin i Łukaszenko zapewne się nie mylą.

Z czego będzie wynikał ten brak zdecydowanej reakcji?

- Każda decyzja ma swoje uwarunkowania polityczne w poszczególnych krajach. W warunkach wytwarzanych przez epidemię koronawirusa jest oczywiste, że sytuacja na Białorusi interesuje Hiszpanów, Włochów czy Francuzów mniej więcej tak, jak nas sytuacja w Algierii czy Maroko. A politycy muszą reagować na to, co interesuje ich elektorat. I to będzie oddziaływało na UE, z negatywnym skutkiem dla Białorusi. Dochodzą do tego interesy rosyjsko-niemieckie, -francuskie, -włoskie itd. Obóz uczulony na rosyjski imperializm (Polska, państwa bałtyckie, skandynawskie i Rumunia) jest wobec ugodowej postawy mocarstw unijnych zbyt słaby, by wprawić w ruch całą organizację.

A co z reakcją Polski?

- Jest to koniec gry Polski z Łukaszenką, która miała sens w warunkach wyścigu o to, czyje wojska będą rozmieszczone szybciej – amerykańskie w Polsce czy rosyjskie na Białorusi. Ten wyścig wygraliśmy. Łukaszenka utracił zaś zdolność do manewru między Rosją i Zachodem.

W wymiarze gestów i zabiegów politycznych Polska wykonała to, co można było do tej pory zrobić. Było wspólne oświadczenie prezydentów Polski i Litwy, było oświadczenie Trójkąta Lubelskiego (Polski-Litwy i Ukrainy) i Weimarskiego (Polski-RFN i Francji). Premier Morawiecki zaapelował o zwołanie nadzwyczajnego szczytu UE, choć - jak myślę - z pełną świadomością, że go nie będzie. Polska w ten sposób zajęła jednak w oczach Białorusinów pozycję jedynego państwa UE, które wyraziście opowiedziało się za ich sprawą. Pamięć o tym będzie procentować w przyszłości. Finansowane z polskiego budżetu i nadające z Polski TV Biełsat, Radio Racja, a także stworzone przez białoruską emigrację i działające z Polski kanały blogerskie jak np. Nexta przełamują monopol informacyjny Łukaszenki i Rosji. Roli Polski w tym zakresie nie można nie doceniać.

Teraz trzeba się przygotować na kryzys i dramatyczne scenariusze w wymiarze praktycznym - stworzyć program wsparcia dla ewentualnych uchodźców i emigrantów politycznych, poszukać rezerw budżetowych umożliwiających ich przyjęcie, gdyby była taka potrzeba. To szereg wyzwań, o których trzeba myśleć już teraz, bo nie można się dać tej sytuacji zaskoczyć.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.